Ismena:
Oszołomiona całymi tymi zdarzeniami z ostatnich dni, nie mogłam z siebie wydusić ani jednego słowa. Chociaż wystarczająco do mnie dotarło, że Marika przeszła metamorfozę i, że czuje coś więcej do Lorgana.
-Super - stęknęłam zrezygnowana z myślą o tym, że będę musiała za nią pobiec i z nią porozmawiać.
Leniwie i bez żadnej werwy wstałam z "posłania", które przygotowała mi Marika i wyszłam z opustoszałej jaskini.
Łup!
Upadłam na ziemie. Chyba za wcześnie wstałam, gdyż moje ciało było jeszcze strasznie obolałe i zesztywniałe. Wszystko jeszcze mnie bolało, zasadniczo do tej pory zastanawiam się jak to możliwe, że jeszcze żyję. Po takim silnym zaklęciu uśmiercającym powinnam już dawno kopnąć w kalendarz, a tu co? No nieważne.
Ruszyłam po zapachu. Przeciskałam się przez ostre krzewy i zarośla, drzewa i takie tam...
Nieopodal gdzieś na polanie coś huknęło. Uniosłam ku górze wzrok. No tak, zapomniałam, dziś zaczął się nowy rok.
Wygramoliłam się z gęstych zarośli lasu i znalazłam się na pustym polu, a na niebie już posypały się iskry ze sztucznego ognia, piękne, kolorowe i być może nieco niebezpieczne.
Marika nawet nie zorientowała się, że stoję tuż obok niej od dobrych pięciu minut i ją obserwuję. Najwyraźniej była myślami gdzie indziej, a więc pozwólmy jej w łagodny sposób wrócić na ziemie.
-Ej! Królewno z zaświatów, zbudź się! - próbowałam przekrzyczeć huki wystrzeliwanych sztucznych ogni.
Skutecznie. Marika podskoczyła nieco przestraszona i skierowała swoje smutaśne oczęta w moją stronę.
Nie wiedziałam jak zacząć rozmowę, więc co chwila chrząkałam i wbijałam wzrok w ziemię.
-Marika, chcę z tobą pogadać - zaczęłam.
Klacz ciężko westchnęła, wiedząc już o co chodzi.
-Ismena, ale ja go naprawdę kocham! Zaakceptuj to, nawet jeśli jest ci ciężko to po prostu... spróbuj... - z jej oczu popłynęły strugi łez.
Spojrzałam na nią nieco z zażenowania.
-Coś mi się wydaje, że nie znasz pojęcia słowa: ,,kocham''. Jak możesz stwierdzić, że go kochasz skoro nawet go nie znasz? - zadrwiłam. - To jest tylko zauroczenie, NIE miłość.
Klacz rzuciła mi wściekłe spojrzenie.
-Wiedziałam, że nie zrozumiesz...
-Nie! - ryknęłam. - To ty nie rozumiesz! Tylko się rozczarujesz!
-A skąd to możesz niby wiedzieć?!
Uspokoiłam się
-Bo go znam. To jest tylko z twojej strony zauroczenie - zamilkłam, po czym dodałam. - On nie jest taki idealny jak ci się wydaje, a wręcz przeciwnie. Też nie oczekuj tego, że kiedyś wyzna ci miłość i będzie codziennie szeptał słodkie słówka i ciągle powtarzał, że cię kocha - oj nie, to nie Lorgan. - Nadal drżałam cała z emocji, które mną targały.
Marika spojrzała jeszcze raz na mnie z nie małym żalem.
-A-Ale... On został... - dukała.
-On nas zdradził. Nie ma po co go "ratować". Przeczuwam, że i tak do nas wróci - zaśmiałam się, po czym dodałam. - Po za tym, coś mi się wydaje, że władcy nie ma... A więc, oby nie doszło do buntu.
Spojrzałam na nią z wyrzutem, choć w moich oczach zamigotały wesołe iskierki, a klacz wyraźnie się odprężyła.
-...
***
Lorgan:
-Musimy teraz przejść na plaże! - John próbował przekrzyczeć odgłos morza.
W odpowiedzi skinąłem łeb.
Zeszliśmy w dół krętą i wyboistą ścieżką na plaże. Fale rozbijały się o brzeg. Tu było bardzo zimno - tak, czyli styczeń na północnej półkuli.
-O, już jest. Lordzie Lorganie wydaje mi się, że ten, który cię oczekuje liczy na rozmowę w cztery oczy.
Przeczesałem wzrokiem plażę, fale, skały.
-Nie widzę go - mruknąłem.
-A ja tak - odrzekł rozbawiony John i ruchem łba wskazał na stojącą sylwetkę konia.
Koń uniósł głowę i tym samym ukazało się mi jego lico. Tak, znałem tego konia.
Ogier stał na wydmie w rozkroku, jak uczyli nas na obozie szkoleniowym. Patrzył na mnie tymi dumnymi i wyniosłymi oczami. Był to mój dawny przyjaciel z dziecięcych lat.
Pożegnałem się w myślach z Johnem i ruszyłem ku ogierowi. Wlokłem się po plaży, a piasek poniesiony przez wiatr drapał mi pysk.
Stałem teraz z nim twarzą w twarz. Na prawej stronie jego pyska rozciągała się szrama i liczne szare blizny. Jego prawe oko też było szare, jakby ktoś splamił je szarą farbą.
Bez żadnych wątpliwości był to Sullivan.
-Sullivan? - szepnąłem.
Nie podniósł wzroku ani w żaden sposób nie dał znać, że mnie rozpoznaje. Chociaż wiedziałem, że tak nie jest.
-Lorgan, jako, że jestem dowódcą wszystkich armii wojowników na naszej ziemi, masz nakaz wstąpienia w nasze szeregi. Od teraz stałeś się jednym z nas, a więc...
-Dlaczego to zrobiłeś? Sullivan? - ze złością rzuciłem w niego pytanie ignorując jego słowa.
Zapanowała między nami cisza, która była rozdzierana przez szum morza.
-Co oni ci takiego powiedzieli, że się na to zdecydowałeś? Jak mamiące musiały być ich kłamstwa, skoro postanowiłeś porzucić rodzinę, stado? Co sprawiło, że postanowiłeś zrobić ze swojego życia spacer po linie? Czy ty nic nie wiesz o nich? Naprawdę nic? - niemal to wszystko wykrzyczałem.
Już dawno nie dopuściłem się do takiego zachowania.
Ale ogier nie udzielił mi żadnej odpowiedzi. Po prostu zszokowany patrzył na mnie.
-Mógłbym powiedzieć to samo o tobie - parsknął po chwili. - To była i wyłącznie moja decyzja. Szanują mnie. Nie widzisz? Jestem teraz dowódcą wszystkich armii wojowników. Sądzę, że ty także nie przyszedłeś tu na darmo. Co kombinujesz?
Wbiłem wzrok w ziemie. Nie potrafiłem mu powiedzieć.
-Tak myślałem - zadrwił. - Teraz już wiesz, że zemsta to nie sposób na życie.
Milczałem, ale moja pierś wyrywał się do krzyku.
-Niestety, muszę najpierw zdobyć zgodę naszego Władcy, abyś mógł zamieszkać w naszym dworze, a więc dzisiaj przenocujesz tutaj wraz z Johnem.
Skinąłem łbem.
-Jeśli masz do mnie jakiekolwiek pytania to zadawaj, śmiało. Zaraz przybędzie tu pewna szamanka i muszę od niej kilka rzeczy zdobyć, a więc sprężaj się.
Oczywiście, że mam pytania i to bardzo dużo.
-Powiedz mi, kim jest Brena? - padło pierwsze pytanie z mojej strony.
-Brena? A, tak. Jest nową plutonową w naszych szeregach. Ze swoją armią obejmuje tereny północno -wschodnie. A czemu pytasz?
Nowa? Coś tu nie gra.
-I się tak jakoś znikąd wzięła?
-No w zasadzie to tak. Ale to nie ja ją przyjąłem do naszego stada.
-Rozumiem - zamyśliłem się.
-Innym razem pogadamy na poważnie. Muszę teraz iść.
...
***
Nastała noc. Gdy tylko Sullivan skończył rozmawiać z dwiema klaczami rasy hippokamp, zaczął wracać tak samo jak ja i John. Zmierzaliśmy w kierunku lasu, gdzie mieliśmy przenocować.
Kiedy już zasnąłem mój sen wypełniło pulsowanie morza. Czułem jak przypływa i odpływam, obmywa mnie i niesie, jakbym był zeschniętym liściem dryfującym na jego powierzchni. Utulił mnie do snu miękkim kołysaniem fal. Nagle znowu w tym śnie widziałem Marikę i Ismenę, widziałem w nim te same białe kształty, jak tamtej nocy, kiedy pod wpływem śmiercionośnego zaklęcia "odleciałem". Teraz zrozumiałem, że to były łabędzie, piękne, wspaniałe i rzadkie okazy. Podniosłem głowę, żeby im się przyjrzeć, gdy ich skrzydła rozcinały powietrze z potężnym hukiem i rozciągały się na niebie jak chmury.
''Dlaczego akurat łabędzie?'' - zadałem sobie w myślach pytanie.
I wtedy obudziłem się w ciemnościach, nie potrafiłem już zasnąć. Myślałem o moim śnie. Łabędzie...
Kiedy powoli zacząłem się wybudzać, zdałem sobie sprawę, że huk, który słyszę, nie jest dźwiękiem ze snu. To było morze, którego ryk odbijał się o skały i las. Miałem pewność, że zanim położyłem się spać, nie było takie głośne. Może właśnie był przypływ.
Wstałem, a świeże i ostre powietrze potargało moją grzywę, jakby tylko na to czekało. Pełnia księżyca oświetlała wszystko, przez co bardziej się zachęciłem do ruszenia za szumem morza.
Dokładnie przyjrzałem się wzgórkowi i biegnącej po nim ścieżce i odwróciłem się, aby popatrzeć, czy John, aby na pewno śpi. Nie ma co, śpi jak zabity.
Bezszelestnie ruszyłem ścieżką. Znalazłem się po chwili w bujnej trawie, a jej szaroróżowe pióropusze tańczyły na wysokości moich nóg. Tu i ówdzie bieliły się kwiaty.
Ziemia pod moimi kopytami była jasna, sucha z przewagą piasku. Gdy wspinałem się na wzgórze, czułem wzywający mnie coraz głośniejszy szum przypływu. Dotarłszy na szczyt, ujrzałem białą opaskę wybrzeża i piętrzącą się, kipiącą morską wodą. Księżyc podświetlał spienione fale. Widok był przepiękny. Wbiegłem na wydmy, wzbijając tumany piasku, i przystałem na brzegu. Wpatrywałem się w wodę.
Huk przetaczających się fal był hipnotyzujący. Moje rozszalałe myśli wyciszyły się, a ja całkowicie odprężony rozkoszowałem się bryzą, która gładziła moje zmierzwione włosy. Po kilku chwilach zanurzyłem nogi w w wodzie. Muzyka morza zagłuszała we mnie wszystkie inne dźwięki. Lodowata woda raz po raz sprawiała, że nie czułem moich kończyn, ale niespecjalnie mi to przeszkadzało.
Nagle dostrzegłem jak jakieś stworzenie wyłania się z wody, a raczej koń... Tak, bardzo mistycznie wyglądająca klacz. Miała w sobie coś urokliwego i ładnego, cała błyszczała pod padającym światłem księżyca. I wtedy nagle...
(Ailla? Marika - napisz co u was się działo w międzyczasie z Ismeną :) i tak, wiem, opowiadanie
nudne jak flaki z olejem, ale obiecuję, że następne będzie lepsze.)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lorgan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lorgan. Pokaż wszystkie posty
sobota, 7 stycznia 2017
poniedziałek, 26 grudnia 2016
Od Lorgana C.D Mariki
Nie mam innego wyjścia jak tylko... zgodzić się na jej propozycje.
Głośno i ciężko westchnąłem.
-I niech tak będzie...
Klacz rzuciła mi pytające spojrzenie.
-Dołączę do was...
Oczy Breny zaiskrzyły wraz z wymownym uśmiechem.
-Mądra decyzja - podeszła do mnie i szepnęła mi do ucha. - A jednak da się ciebie złamać. Nie jesteś taki silny jak to bardzo wielu się wydawało - zachichotała.
Mój wzrok błądził teraz po ziemi, bez jakichkolwiek emocji, nieobecny, nieuchwytny.
-Mimo tego... musimy zaczekać na resztę... - próbowała wychwycić mój wzrok.
Na resztę? O nie... Ismena musisz zdążyć...
Czekaliśmy tak już bardzo długo, a ja zastygłem w tej samej pozycji od ostatnich wymienionych przez nas zdań. Nie mogłem w to uwierzyć, że JA, który chciałem zniszczyć ich wszystkich, miałem teraz stać się jednym z nich... mam bratać się teraz z moim wrogiem... co za obłęd...
Nagle wyczułem jak przypływają nienaturalne ciepłe wiatry - jak na tę porę roku. Jest zima, a wokół nas robiło się coraz cieplej. Coś tu nie gra.
-O, już się zbliżają - beztrosko zabrzmiał głos karej klaczy.
Mój wzrok oderwał się od ziemi i skierował na kolejne nieodpowiednie do pory roku zjawisko pogodowe.
Daleko na północy wzbierała się burza, na horyzoncie już migały błyskawice, a nieprzewidziane chłodne podmuchy wiatru chłodziły naszą dwójkę.
Brena przystanęła wdzięcznie przy mnie, bacznie obserwując każdy mój ruch. Natomiast ja, nawet nie próbowałem skierować wzroku w jej stronę.
-Przyznaję szczerze, rada jestem, że zdecydowałeś się do nas dołączyć. Skąd ta nagła zmiana decyzji?
Bezwiednie wzruszyłem "ramionami".
-Sam nie wiem, może po prostu zdałem sobie sprawę, że... to nie ma sensu...
Klacz zaśmiała się cicho, kiwają przy tym łbem.
-Racja. Bardzo szybko zdałeś sobie z tego sprawę, ale...
Przerwałem jej:
-Po za tym, czy to właśnie nie wy jesteście tą potęgą? O ile tak to nie ma powodów o jakieś podejrzenia, prawda Breno? Chyba każdy normalny postąpił by tak samo... - wypowiedziałem to wszystko bez jakichkolwiek emocji w głosie.
-Chyba masz racje, Lorganie - uśmiechnęła się.
Tak, wszystko idzie zgodnie z planem.
Po chwili zacząłem oglądać grę błyskawic i słuchać pierwszych grzmotów odległej burzy.
-On, będzie zachwycony - rzekła zamyślona.
I wtedy spadł pierwszy deszcz. Uniosłem ku górze łeb, odsłaniając przy tym swoją "twarz".
Kiedy tak deszcz ściekał mi z "twarzy", analizowałem wszystko po kolei jak to rozegrać. Będę musiał poczekać na ten odpowiedni moment i wtedy...
-Lorganie? - zagadnęła Brena. - Zda mi się, że myślisz o jakimś wielkim sekrecie: uśmiechasz się tak niezwykle.
To prawda, nawet nie zauważyłem kiedy mój uśmiech tak nagle mnie ugościł.
-Zastanawiam się nad tym jak to będzie kiedy już do was dołączę - odparłem, a potem dodałem - To będzie moja jedyna szansa...
Mówiłem prawdę, a zimne wiatry dęły wokół nas, niosąc ze sobą szaleństwo jakie miało nadejść.
***
Niebo było już upstrzone w malutkie gwiazdy, a za chmurami było widać przebijające światło maleńkiego sierpa księżyca. Jego słaby blask dodatkowo rozpraszała mgła. Lecz ja, jak i zarówno obecni tutaj, nie potrzebowaliśmy zbyt wiele światła. Księżyc nam wystarczał. W zupełności.
-Moi drodzy! - zabrzmiał wyniosły głos Breny. - Lorgan, który pozbawił życia wielu naszych towarzyszy... - dramatyczna cisza. - Dziś! Postanowił wstąpić w nasze szeregi! Czy to nie wspaniałe? Z naszego wrogiego jak i potężnego rodu... ostatni z rodu Hentitów... Lorgan! Stanie się jednym z nas!
W tłumie podniósł się szmer.
-Ale najpierw musisz przejść pewien rytuał - w oczach Breny pojawił się niebezpieczny błysk, ale "twarz" pozostała spokojna. - Musimy tylko chwile zaczekać...
Musiała wyczuć Ismenę i kogoś jeszcze... Zacząłem węszyć w powietrzu. Był to jakiś znajomy zapach, czyżby... Marika? Chyba już się domyślam, co owa klacz zamierza zrobić.
-Obezwładnijcie go! - wydała rozkaz.
Wtem dwóch mosiężnych sługów Breny, rzuciło się na mnie. Kara klacz jak i reszta armii była w niemałym szoku, gdy to ja nawet nie próbowałem robić jakichkolwiek oporów.
Następny ciąg wydarzeń widziałem jak przez mgłę. Wszystko - wyprowadzenie Mariki w kozi róg, zaklęcia, groźby, i znowu zaklęcia, sztylety... a najgorsze jest to, że nie mogłem nic zrobić, ponieważ zepsuło to by wszystko, cały plan. Niestety musiałem poświęcić ich cierpienie dla tego, co zamierzałem zrobić... Musiałem przede wszystkim cały czas grać zdezorientowanego, czy przerażonego tą zaistniałą sytuacją, aby nie wzbudzić większych podejrzeń, co mi najwidoczniej świetnie szło.
Zmartwiło mnie najbardziej to, że musiałem Marikę w to całe bagno wciągnąć, to dotyczyło tylko i wyłącznie mnie. Tak w ogóle to nie wiem na co przyszła tylko Marika, myślałem, że Ismena sprowadzi naszych wojowników, czy coś... No nic, muszę to jakoś odkręcić.
-Hmm... - moje przerażenie diametralnie zamieniło się na rozbawiony uśmiech. - Zabawne. Sztyleciki? Jakieś słabe zaklęcia z księgi Celtyckiej? Serio? Breno, myślałem, że stać was na więcej.
Oczy Breny zapłonęły wściekłością i już miała wykrztusić jakieś obelgi z gardła, ale zbyt szybko zacząłem prowadzić kolejny dialog.
-Po co mam ją zabić? Ona jest nic warta, to tak jak pozbawić muchy życia, niczego przy tym nie zyskam, tak samo jak i wy. Po za tym wydaję mi się, że wasz pan nie będzie zachwycony tym, że używacie nieswoich "znaków".
Chciałem bardzo przeprosić Marikę za nieprzyjemne słowa z mojej strony, ale niestety nie miałem innego wyboru, mimo tego mam nadzieję, że mi to kiedyś wybaczy.
-Ty... - wysyczała wściekła Marika w moją stronę. - Co to ma znaczyć?! Zdrajca!
-Oj Lorgan, sprytny jesteś - zignorowała Marikę kara klacz. - I to mi się podoba... Zabieramy go, ale najpierw... trzeba je od ciebie odciągnąć...
Skoczyłem na równe nogi i odepchnąłem się z całych sił od dwóch mosiężnych strażników, widząc jak Mariki i Ismeny pyski szykują się do krzyku. Było już jednak za późno. Delikatne brzęczenie mocy Breny nagle przerodziło się w rozdzierający skowyt wściekłości.
Na całej powierzchni eksplodowało czerwone światło. Wszystko zadrżało od nagłego wstrząsu, ziemia zawirowała pod nami, a ja nie mogąc nic zrobić słyszałem przeraźliwe krzyki Mariki i Ismeny. Także we mnie rzucono ten czar i też to czułem - rozdzierający i niewyobrażalny ból, ale nie wydałem z siebie nawet najcichszego dźwięku. O Przodkowie, ten ból... Czułem jak pękają mi kości, a przed moimi oczami pojawiły się wstrząsające obrazy, jakby żywce wzięte z sennego koszmaru. Wiedziałem jednak, że to nie sen, że to na co patrzę, dzieje się naprawdę, a ja nie mogę zrobić nic, aby temu zapobiec. Nie - to moja żądza zemsty wygrała...
Widziałem, jak ich twarze wykrzywiają się i rozpływają, widziałem jak ich sylwetki tracą kształt. Słyszałem ich te przeraźliwe krzyki i odgłos pękających kości. Nie mogłem przed armią jak i Breną ujawnić mojej mocy (innym razem dowiecie się czemu), a więc starałem się użyczyć mocy z natury, by obronić je przed torturami Breny, ale nie potrafiłem znaleźć życiodajnego źródła. Czerwona moc trzymała je z dala ode mnie. Desperacko próbowałem zatrzymać życie szybko ulatujące z klaczy i wilczycy.
Nagle oblało nas białe światło i Marika jak i moja towarzyszka zniknęły mi z oczu. Ich głosy umilkły, a przede mną zamajaczyły niewyraźne sylwetki armii.
Zanim pochłonęła mnie ciemność, bicie olbrzymich skrzydeł zmieszało się z rytmem mojego rozszalałego serca.
Zmęczony ponad miarę, unosiłem się w otępiałej ciemności. Słyszałem jakieś głosy, czułem krople deszczu, słodki odurzający zapach róż i smak soli. Ale nie wiedziałem, co się ze mną dzieje.
Od czasu do czasu widziałem światło i pokonując ból, starałem się przesuwać w jego stronę. Przeczuwałem, że jeśli dotrę do źródła światła, znowu znajdę się we własnym ciele. Kiedy udawało mi się otworzyć oczy, pochylały się nade mną nieznane konie. W końcu poczułem ostry zapach ziół i do gardła wlano mi coś gorącego. Zakrztusiłem się, zakaszlałem i znowu otoczyła mnie ciemność.
Obudził mnie chłodny, słodko pachnący wiatr, który delikatnie mnie studził. W końcu do mojego obezwładnionego letargiem ciała przebiły się pierwsze dźwięki. Zaraz potem dotarły do mnie strzępy minionych zdarzeń. Mój otępiały umysł próbował je analizować i dopasować, aż w końcu zadałem sobie zasadnicze pytanie: ,,Gdzie jestem?''.
Choć kosztowało mnie to mnóstwo wysiłku, podniosłem się. Stałem na ugiętych nogach, które były ciężkie jak z ołowiu. Przez chwilę wydawało mi się, że na niebie widzę klucz dużych ptaków - gęsi, a może łabędzi. Chmury kładły się cieniem na ich skrzydła, ale zanim zdążyłem lepiej im się przyjrzeć - zniknęły. Możliwe, że mam jakieś zwidy.
-Ach, w końcu się zbudziłeś - pojawił się znikąd jakiś ogier.
-Gdzie... - Mój głos był szorstki i zachrypnięty. Zaschło mi w gardle. - Gdzie ja jestem?
-Jesteśmy blisko Lasu Ukuthula. Byłeś bardzo chory, dlatego jesteś taki słaby.
-Chory? - chociaż dobrze wiedziałem, że to był czar uśmiercający.
Próbowałem sobie przypomnieć, co się stało. Pamiętałem, że dotarłem na szczyt Góry Prawdy i Oszczerstwa z Imseną, Brenę, armię z północy i Marikę. Potem wspomnienia stawały się zamazane. Błysk czerwonego światła, przejmujący ból, coś białego jak chmury - i to wszystko. Cała ta historia nie miała sensu. Była po prostu koszmarem.
-Jak długo chorowałem?
-Prawie trzy dni. Nie mogłeś nawet otworzyć oczu.
Minęły już trzy dni od tamtych wydarzeń? Wziąłem głęboki oddech. Przez ten czas stado mogło zostać zrównane z ziemią, a Marika i Ismena... mogły być już... martwe...
- Co się stało z klaczą i wilczycą?
"Twarz" nagle mu stężała.
-Chodzi ci o tę siwą klacz i czarną wilczycę?
Pokiwałem łbem.
-Nie wiem - odpowiedział zmieszany.
Chyba obawiam się najgorszego.
-A co ze stadem? - spytałem niecierpliwie.
-Wojna jeszcze trwa, ale sądzę, że wrócą nim nastanie nowy dzień, a Kings of the Hill zostanie unicestwione.
Zacisnąłem szczękę z całej siły.
-Chciałbyś jeszcze tego lekarstwa lady Breny? - podniósł z ziemi zakorkowaną butlę. Wyciągnął z niej zatyczkę i wokół rozszedł się gorzki zapach mchu i czarnej bażyny. Była to woń silnego naparu, który plątał myśli i tępił zmysły.
-Lekarstwo? - wymamrotałem.
A raczej trucizna.
-Lady Brena sama je przygotowała jak i sama cię nimi poiła. Bardzo przejęła się twoją chorobą.
O tak, z pewnością. Przeklęta czarownica. Nic dziwnego, że byłem taki słaby. Jeszcze trochę, a w ogóle bym się nie zbudził. Przez sekundę zastanawiałem się, dlaczego Brena mnie nie zabiła, nie wlała mi do gardła tyle naparu, żebym już nigdy nie otworzył oczu. Może coś ją powstrzymywało? Na przykład może ktoś z wyższą rangą niż ona? Kłopoty? Albo nawet już się domyślam...
-Nie, dziękuję za lekarstwo, już go nie potrzebuję - odparłem. - Dokąd zmierzamy?
-Zmierzamy do morza Revontulet, tam ktoś cię wyczekuję, a więc lepiej już ruszajmy.
Revontulet.... Revontulet... Revontulet to te morze... to tam miałem dojść z... Mariną...
-Wybacz, a mógłbyś ujawnić mi swoje imię, bo wiesz... Nie chciałbym do ciebie mówić tylko: ej ty.
-Mówią na mnie John.
-John? Dobra, w takim razie John, ruszajmy w drogę.
I tak też się stało. Ruszyliśmy w drogę.
Stopniowo krajobraz wokół nas zaczął się zmieniać. Porośnięte zielenią pagórki i urodzajne pola zostały zastąpione przez gęste lasy. Czułem, że nurt magii również stał się inny. Przepływał powoli pomiędzy drzewami, bez werwy. Tak to oznacza, że jesteśmy już blisko.
-Jesteśmy już niedaleko tego morza, racja? - zapytałem Johna.
-Tak, lordzie Lorganie. Właśnie teraz minęliśmy granice.
Zadrżałem na słowa ogiera, dawno już nikt używał tego tytułu. Zasadniczo to ja tego nie chciałem.
Wracając do tamtych zdarzeń... Ciągle myślałem o Marice i Ismenie... Nie sądzę, aby Brena chciała ukatrupić Marikę i Ismenę. To właśnie mnie chciała - pocieszyłem się w myślach. Także przygnębiała mnie z lekka myśl o tym, że Marika musiała tego doświadczyć, ten straszliwy ból pamiętam do teraz. Ismena, akurat mogła to jakoś przeżyć, ale Marika... Marika...
***
***
Szliśmy teraz przez wrzosowisko, a kiedy już wyszliśmy z tych terenów, powietrze zmieniło się, stało się ostrzejsze, było wyczuwalnie słone. Wciągałem je głęboko, oj tak, wydaje mi się to takie znajome.
-Jesteśmy blisko morza - wytłumaczył mi John, gdy zauważył moje ożywienie.
Wziąłem kolejny głęboki oddech. Ten smak był tak znajomy...
Droga zaczęła teraz piąć się ku górze, a zapach morza stawał się coraz wyraźniejszy. Kiedy dotarliśmy na szczyt wzniesienia, na horyzoncie pojawiła się wzburzona woda. Szarozielone fale piętrzyły się i rozbijały o skały. Wiatr targał mi włosy, a ja obserwowałem, jak woda wznosi się i mieni srebrzyście, bijąc o wysoki brzeg.
C.D.N
(Marika? Co się działo u was w między czasie? ;3)
sobota, 10 grudnia 2016
Od Lorgana C,D Mariki
Na padnięte słowa z ust klaczy odwróciliśmy się i odeszliśmy, zostawiając Marikę samą. Może właśnie tego teraz potrzebowała - samotności. Właśnie ten stan potrafi czasem pomóc w tych ciężkich momentach.
No nic, wypadałoby jeszcze rozejrzeć się po terenach i znaleźć Cole'a, może będę mógł się przydać, w końcu nie zapominajmy, ale jest wojna, a co to oznacza? Trzeba być non stop czujnym i na wszystko przygotowanym.
-Chyba wiem, gdzie może znajdować się teraz Cole. Chodź, idziemy. - powiedziałem zimnym tonem do Ismeny.
Wilgotna mgła snuła się po polach, kiedy wraz z Ismeną zmierzaliśmy w kierunku Góry Prawdy i Oszczerstwa. Słońce od samego świtu kryło się za chmurami, a wokół panował chłód. Sprężyłem się z zimna i spojrzałem na wilgotną sierść Ismeny.
Westchnąłem cicho. Smutna szarość dnia i obawa przed tym, co w każdej chwili mogło na nas wyskoczyć, odbierało nam werwę. Stado wyglądało zupełnie inaczej jak tu dołączyłem. Czułem zmęczenie tej ziemi, które docierało do mnie z każdym obłoczkiem mgły jak słodkawy oddech umierającego.
Stopniowo pola pod moimi kopytami stawały się coraz bardziej strome. Nasza droga wiodła przez niewielkie garby i płytkie zagłębienia. Wzniesienia i spadki terenu następowały po sobie zbyt regularnie, aby można je było kłaść na karb natury. Był to z całą pewnością efekt prac członków stada.
-Lorgan, czy mogłabym o coś Cię spytać? - przerwała grobową ciszę wilczyca.
Skinąłem lekko łbem.
-Czy ty... Lubisz Marikę?
Przez chwilę zszokowany tym pytaniem nie odpowiadałem nic, aż w końcu zabrzmiał mój głos:
-Lubię ją na tyle, aby spędzić trochę czasu w jej towarzystwie, ale nic więcej. Nie znam jej na tyle dobrze, aby ją nazwać chociażby "przyjacielem". - mój głos zabrzmiał swobodniej niż zwykle. Słowa mnie opuszczały w pośpiechu, jak gdybym to, co mówiłem, nie miało znaczenia.
Wadera zamilkła i tak też zostało do końca naszej podróży, która wlokła się, aż do zachodu słońca.
Po bardzo długiej i żmudnej wędrówce dotarliśmy na tereny niedotknięte jeszcze przez wojnę. Tak, jesteśmy już blisko tej góry.
,,Coś się śpieszy i rozpycha... rani... jest za głośne'' - usłyszałem czyjś głos w mojej głowie.
Ismena nic nie mówiła. Pojękiwała i potrząsała głową, jakby ją coś bolało.
-Ismena, powiedz mi natychmiast, co się z tobą dzieje? - zażądałem.
-Nie wiem. Coś jest nie tak. Coś mnie odpycha, ten straszliwy krzyk.
Wilczyca skuliła się, zaciskając szczęki tak mocno, aż raniąc sobie dziąsła.
Nagle przypomniałem sobie. Musiał ktoś teraz wypowiadać zaklęcia odpychające dla niektórych istot, aby nie przekraczały "bariery". Ktoś nas obserwował. Tak, ktoś chciał, abym był sam.
-Dalej nie musisz ze mną iść - zwróciłem się do Ismeny. - Musisz wracać.
-Wszystko w porządku - nagle uspokoiła się. - To coś ustąpiło... Nie martw się, dam radę.
-Przecież.. - próbowałem zaprzeczyć.
-No, rusz się! Chcę Ci towarzyszyć i będę! - zaprotestowała ostro.
W odpowiedzi stać było mnie tylko na westchnięcie. Ismena akurat w upartości była nie do zbicia.
-Jak się to powtórzy masz natychmiast wracać.
Zanim Ismena zaczęła znowu protestować, odwróciłem się i wezwałem zaklęcie blokujące na tego rodzaju czary, aby zagęścić mgłę, która uniemożliwi temu czemuś nas obserwować i podążać za śladami. Odczekaliśmy chwilę, aż mgła zagęści się na tyle, abyśmy już mogli ruszyć w białą gęstwinę.
Teraz przed nami wznosiła się Góra Prawdy i Oszczerstwa, jakby tylko czekała, aby mi się ukazać. Niestety Ismena nie mogła jej dostrzec, gdyż była za niska.
W unoszącej się białej mgle wyglądało to bardzo mrocznie, taka ciemna góra, która nagle wystrzeliła z płaskowyżu. Wydawała się zupełnie nieprzystępna, tak bardzo, iż zastanawiałem się, czy nie jest to przypadkiem efekt jakiegoś mrocznego czaru. Jednak zacieniony grzbiet wzgórza mnie nie przerażał. Pokonaliśmy długą i trudną drogę, żeby tu dotrzeć, na spotkanie z naszym Przywódcą stada. Cole tak nagle zniknął, bez śladu, coś tu nie grało, a więc najprawdopodobniej znajdywał się na tej górze, gdyż kiedyś nam coś o tym wspomniał, że gdyby coś takiego miało miejsce, coś tam, coś tam, aby szukać go w tym miejscu. Szkoda, że wtedy miałem to totalnie gdzieś.
Dobra, teraz musieliśmy tylko przedrzeć się przez ochronne zaklęcie Terry, aby nikt nieproszony nie mógł przekroczyć tego miejsca, ale wyczułem, że to i tak już nie ma znacznie. Zaklęcie zostało złamane, ktoś nieproszony musiał tu już wleźć.
Kiedy podszedłem jeszcze bliżej, zauważyłem, że spiralny wzór bruzd ciągnie się, aż na sam wierzchołek i oplata górę jak gigantyczne schody. Może powinniśmy podążać spiralną ścieżką wytyczoną przez moje zaklęcie i wejść na szczyt, okrążając górę, zamiast wspiąć się po stromiźnie? Z pewnością zajmie nam to więcej czasu, ale marsz wzdłuż bruzd pomoże nam ominąć zaklęcie mylące drogę.
Tętniąca w moich żyłach wyraźnie pulsująca magia tłumiła wszelkie obawy. Postawiliśmy pierwsze kroki na jednym z garbów i zaczęliśmy wspinaczkę. Mgła, która szczelnie otulała górę, znacznie utrudniała nam marsz.
Wyczuwałem jak czym wyżej wspinaliśmy się, tym Ismena odczuwała dziwne i bolesne "blokady".
Stałem oblany strumieniem jej cierpienia, próbując wchłonąć jej ból za pomocą zaklęcia: ,,Sumipsip'', ale czułem coś jeszcze. Działo się coś jeszcze innego i złego.
W powietrzu wychwyciłem dziwny miedziany posmak, który jak kwaśny korek zatykał mi gardło. Przyjazną cisze, pod podłożem zakłócił wściekły jazgot jakby atakujących os. Dwie siły zmagały się ze sobą, odpychając, odkształcając, zderzając, rysując w powietrzu wzór podobny do tego, który oliwa zostawia na powierzchni wody.
Znałem już ten dźwięk, poznałem ten smak. Byliśmy w niebezpieczeństwie. Coś na nas czekało na samym szczycie góry.
Dotarliśmy w końcu na sam szczyt. Ismena, gdyby nie moja pomoc w pochłanianiu jej bólu, byłoby z nią naprawdę źle.
Nagle poczułem jakieś zawirowanie. We mgle zaczęły się tworzyć wąskie leje, które wysysały jej opary, aż w końcu wokół mnie powstała wolna od mgły przestrzeń. W tej jasnej plamie pojawiła się nie znam mi dotąd klacz.
Oto ona:

Wyglądała tak, że każdy się za nią powinien obejrzeć. Otulał ją olbrzymi czar dający jej zapewne ten przyciągający wygląd. Długa ciemna grzywa połyskiwała i majestatycznie otulała ją całą. Raz po raz wzbijały się w powietrze aksamitne i czarne pasma tych włosów, które jak brzytwa wdzierały się do wnętrza mojego mózgu.
Płytko odetchnąłem kwaśnym powietrzem, a moja siła nagle wzrosła.
-Kim jesteś?
Uśmiechnęła się lekko i czarująco.
-Ja? Jestem Brena. - zabrzmiał jej zmysłowy głos.
Zmrużyłem oczy i napiąłem się jeszcze bardziej. Nie była to czysta istota, o nie, zdecydowanie, było to promieniujące złą energią stworzenie.
-Spodziewałem się tu kogoś innego, Breno. - wycedziłem z rosnącą zaciętością.
-Ah tak? Ktoż to taki? Nikogo tu nie było, gdy tu przyszłam. - błysnęły tajemniczo jej oczy.
Łże, łże niż najgorszy splugawiony krwią morderca. Coś tu musiało się stać zanim przyszliśmy.
-A zatem... - wycedziła skierowana teraz do Ismeny, uśmiechając się jadowicie, a w jej głębokim głosie pobrzmiewała nuta przewrotnego humoru. - W końcu się przyczołgałaś. Myślałam, że moje zaklęcie zadziałało, ale widzę, że ktoś Ci w tym pomógł. - ostatnie słowa rzuciła w moją stronę.
Wadera zajadle kłapnęła zębami, a z jej pyska poleciało kilka kropli krwi.
-Gdzie jest Cole? - spytałem groźnie.
-Kto?
Zaśmiałem się samoistnie.
-Jesteś niezłą aktorką, ale wierz mi, że nawet to Ci nie pomorze. Nadal będzie udawać? - warknąłem.
Zebrałem się w sobie i odparłem czerń jej spojrzenia z całą mocą, czując gorące uderzenie triumfu, kiedy jej oczy uciekły w bok i dopiero po chwili ponownie wwierciły się w moje. Zaskoczenie i złość zacisnęły ją całą.
-Pracujesz dla Death'a? - zalałem ją kolejnym pytaniem.
Brena wybuchnęła gardłowym rechotem, który drażnił moje nerwy.
-O nie, nie... MY z nim współpracujemy.
-Współpracujecie? Wy? Czyli kto? - posłałem jej groźne spojrzenie.
Nagle Brena zamilkła i zaczęła zębami się bawić jednym z kosmyków, a gniew na jej "twarzy" ustąpił miejsca słodyczy. Podchodziła do mnie coraz bliżej i bliżej, aż w końcu podeszła do mnie na tyle blisko, abym mógł dostrzec jej nienaturalne dla wszelkiego rodzaju gatunku koniowatych - ostre, nieduże kły.
-Lorganie, dlaczego jesteś taki spięty? - liznęła delikatnie językiem mojej szyi.
Odruchowo odsunąłem się od niej i odwróciłem wzrok, co niestety było moim błędem. Klacz wykorzystała i zrozumiała to jako uległość.
Przybliżyła się do mnie jeszcze bardziej. Poczułem na sobie jej oddech i dotyk. Przytuliła swój pysk do mojej szyi.
-Nie chciałabyś zająć jakiegoś ważnego stanowiska? Pomyśl, byłbyś ze mną, byś był usadowiony do końca życia. Nie ma co zostawać na tym zadupiu zwanym "stadem". To, co wy nazywacie "domem" zniknie z powierzchni ziemi jak i ich członkowie. - wyszeptała mi do ucha.
W tamtej chwili coś we mnie uderzyło, odepchnąłem ją z całej siły, na co ona z niemałym zaskoczeniem poleciała do tyłu.
Skuliłem uszy do tyłu.
-A więc tak... - zaczęła, a jej wzrok, aż kipiał z wściekłości.
-Nie zrobicie tego. Nie. Nie dopuszczę do tego.
"Twarz" jej stężała.
-Od kiedy tyle w tobie dobroci? - zakpiła. - Jesteś zły, jesteś chodzącym złem. Nigdy się nie zmienisz!
-Tak sądzisz?
Cisza. Cisza przed burzą.
-Cole'a nie ma. Death Angel nie ma. Dużo członków nie ma, jakaś niewielka garstka was została, a właśnie nadchodzi armia z północy. Nie zdołacie nas powstrzymać. - uśmiechnęła się triumfalnie.
I niestety miała racje, ta armia może uderzyć w każdej chwili, a niestety tak łatwo ona mnie już nie wypuści. Zaraz! Ismena!
-Ismena, leć do kogokolwiek z członków stada i zawiadom o zaistniałej sytuacji, ale... - przerwała mi Brena.
-Ale! Nie wspominaj nikomu o mnie. - spiorunowała ją wzrokiem.
Ismena miała już coś odpowiedzieć, ale spojrzałem na nią porozumiewawczo. Widziałem jak jest zaskoczona moim "uległym" zachowaniem. Po czym szybkim i żwawym ruchem pobiegła.
A ja zostałem sam z Breną i chyba nie mam innego wyjścia jak tylko...
(Marika? Mam nadzieję, że opowiadanie Ci się spodobało. Możemy to jakoś ciekawie i fajnie rozwinąć ^^)
sobota, 26 listopada 2016
Od Lorgana C.D Mariki
Spojrzałem na klacz, z niemałym zaskoczeniem. W zasadzie sam nie wiem po co nam to wszystko powiedziała, nie jesteśmy jej jakimiś bliskim przyjaciółmi, czy coś. Co najgorsze Ismena mogłaby to kiedyś wykorzystać przeciwko niej. Może się na tym nie znam, ale chyba musiała to z siebie wyrzucić, zapewne nie miała komu się zwierzyć. Przez to można było dostrzec, że wbrew pozorom jest to bardzo wrażliwa i... słaba istota - wybudowała wokół siebie pozory sarkastycznej i twardej osobowości, ale tak naprawdę po przebiciu tego muru można było znaleźć kompletnie kogoś innego. Przykre.
-Bo tak naprawdę ja... - spuściła łeb. - Nie chce żyć... - pociekły jej łzy z oczu.
Ismeny pysk nieco złagodniał, aby po chwili przybrać znudzoną minę.
- Nie mów tak. - przerwałem jej łkanie swoim zimnym głosem.
Uniosłem łeb ku górze, a silny wiatr zatargał mą grzywą, unosząc ją przy tym do góry.
-Życie to dar, którego nie da się odzyskać. Niektórzy w tej chwili właśnie walczą o to, aby tylko chociaż na chwilę, pooddychać - oddechem życia. Niezależnie jak okrutny jest ten świat trzeba walczyć, walczyć z jego przeciwnościami. Wierzę w to, że kiedyś, jak to wszystko się skończy, czyli ta nasza nieustanna walka z demonami i innymi mrocznymi istotami, ten świat będzie lepszy. I będziemy wolni... - wypowiedziałem to wszystko z moimi myślami z przeszłości.
Na to wszystko co właśnie wypowiedziałem, Ismena i Marika patrzyły na mnie jak wryte, a zwłaszcza ta pierwsza. Wilczycy wzrok zamglił jakiś smutek, zapewne też z przeszłości. Wszyscy jesteśmy przygnębieni tym, co się dzieje na tym objętym przez zło światem. Wojna nie trwa tylko w naszym stadzie, ona jest teraz na całym świcie - tylko, że my starliśmy się tego nie widzieć i udawać, że wszystko jest w porządku dopóki jesteśmy na terenach pozornie bezpiecznego stada. Niestety taka jest prawda.
-Chodźcie, musimy iść w końcu do tego medyka. - po krótkiej chwili się odezwałem.
Marika skierowała swoje jak ze szkła, jeszcze zapłakane oczy i powiedziała:
-...
(Marika? Wybacz, że musiałaś tak długo czekać :c)
piątek, 11 listopada 2016
Od Lorgana C.D Mariki
Kiedy się tak przedzierałem przez nieprzeniknione gęstwiny lasu, ani razu nie raczyłem się odwrócić, ponieważ miałem wrażenie, że klacz jest tuż za mną. Słyszałem nawet czyjeś kroki za sobą.
Nagle droga skierowała się w jeszcze ciemniejsze gęstwiny, a więc odwróciłem się, aby sprawdzić, czy Marika idzie za mną i czy by nie chciała wracać. Ku mojemu zaskoczeniu, za mną niestała drobna, siwa klacz lecz czarny wilk z niezwykle świecącymi niebieskimi oczyma.
-Ismena? - spytałem z niemałym zaskoczeniem.
-Witaj Lorganie. - ukłoniła się.
-Przecież za mną szła Marika... Jak to możliwe, że... - skierowałem swój wzrok w jej stronę.
Wilczyca uśmiechnęła się tajemniczo.
Westchnąłem i cofnąłem się odruchowo.
-Wiesz gdzie się podziała Marika? - wyszeptałem.
Ismena otworzyła szeroko oczy i próbowała zmienić tonację głosu na "zaskoczoną".
-Marika? Jaka Marika?
Spojrzałem w niebo i zacząłem z niezwykłym spokojem w głosie:
-Szła za mną taka siwa klacz - Marika. Jakoś to dziwne, że zamiast jej nagle za mną pojawiłaś się ty.
Wyczułem od niej silną, bijąca z jej wnętrza energię wściekłości.
-Marika? - zadrżał jej głos ze złości.
Skinąłem łbem.
-A więc, co się z nią stało?
Nie usłyszałem odpowiedzi. Cisze przerwał pogwizdujący wiatr, który targał mi grzywę, a przenikał przez czarną sierść wadery.
Zacząłem wyczuwać co mogło się stać. Ismena to bardzo zazdrosna o mnie wadera, w zasadzie sam nie wiem czemu, ale bardzo nielubi kiedy z jakąkolwiek klaczą chociażby rozmawiam. Zapewne coś jej zrobiła.
-Co jej zrobiłaś? - spytałem z mały rozbawieniem w głosie.
W odpowiedzi usłyszałem wymamrotane pod nosem przekleństwa.
-Zaprowadź mnie do niej. - rozkazałem.
Wilczyca posłusznie wykonała to, co jej kazałem. Po około pięciu minutach znaleźliśmy się w iglastych zaroślach. To była tylko chwila, gdy nagle ogarnęła mnie nieprzenikniona ciemność, jakby ktoś narzucił mi kaptur na głowę. Wyczułem, że niedaleko jest gdzieś Marika. Musiało się coś złego stać. W powietrzu wisiały strach i cierpienie oraz swąd spalonego ciała.
-Marika! - zawołałem.
Mój głos wchłonęła przerażająca ciemność, a ja wsłuchiwałem się w głuchą ciszę.
-Mogłabyś mi od razu powiedzieć, co jej zrobiłaś? - spytałem po raz setny.
Na co wadera nie odpowiadała... Że ja jeszcze wytrzymuję z kimś takim...
Chociaż długo nie musiałem się głowić o co chodzi. Wyczułem to - obecność czegoś gnijącego i czarnego. Czegoś, co emanowało nienawiścią i pragnieniem czynienia zła. Czegoś, co pełzło. Tak, to zapewne był demon.
Nagle martwą ciszę przeciął przeraźliwy krzyk, który gwałtownie się urwał.
-No Ismena, idziemy, to była twoja sprawka. - popędziłem ją, rzucając się między drzewa.
Zderzyliśmy się z ciemnością panującą w gęstwinie i na oślep pobiegliśmy w kierunku, z którego dobiegał krzyk klaczy, torując sobie drogę poprzez smagające nas gałęzie i nisko zwieszone konary.
Wyrwaliśmy się z ciemności na niewielki dukt. Na samym środku leżała skulona Marika, zwrócona "twarzą" do ziemi przygwożdżona przez zniekształconą kreaturę. W słabym świetle księżyca na plecach klaczy połyskiwała ciemna ciecz.
Spojrzałem bez najmniejszego przerażenia na demona, sączącego krew z jej ciała.
-Ismena, ty to przywołałaś, a więc zajmij się nim. -powiedziałem beznamiętnie.
W tamtej chwili kreatura przerwała swoje krwawe żerowanie i zwróciła swoją paskudną mordę w naszą stronę. Mimo tego nie obawiałem się tego czegoś, ani trochę. Stojący, dziwaczny demon przed nami emanował słabą mocą, przynajmniej dla mnie, można byłoby ją pokonać takim zaklęciem jak: hehku elämän. Chociaż... Nie psujmy zabawę Ismenie.
Ismena dostrzegając mój złowrogi wzrok skierowany w jej stronę, rzuciła w potwora zaklęcie, które spowodowało, że demon eksplodował z niezwykle wielką siłą. Jego krwista zawartość rozprysła się na wszystkie strony.
-Obrzydlistwo. - skomentowałem.
Podszedłem do klaczy. Marika cicho pojękiwała, próbując otworzyć oczy. Była nieprzytomna.
-Będzie trzeba ją zabrać do medyka. - oznajmiłem wsuwając ją sobie na plecy. O całe szczęście klacz była drobnej postury, a więc była bardzo lekka. Ismena kłapnęła zajadle szczęką.
-Uważaj, abyś się przez nią nie połamał. Serio? To ma być dowódca morderców? Nie poradziła sobie nawet z tak słabym demonem. - zakpiła złośliwie.
Westchnąłem ciężko.
-Wytłumacz mi, właściwie po co to zrobiłaś?
-Nie widzisz tego?! Jak ona robi do ciebie te maślane oczka?! Ona coś kombinuje, aby uśpić twoją czujność, ja Ci radzę... Uważaj na nią! - po czym zniknęła w ciemnościach lasu, niczym cień.
(Marika? "I need a hero. I'm holding out for a hero 'til the end of the night. He's gotta be strong and he's gotta be fast. And he's gotta be fresh from the fight." XD)
niedziela, 30 października 2016
Od Lorgana C.D Mariki
Zaśmiałem się do siebie.
-Jak tu trafiłem? - powtórzyłem pytanie z lekko obłąkanym uśmiechem.
Klacz otworzyła szerzej oczy i chyba w zasadzie się domyśliła, co właśnie uczyniłem.
-Oj, nieładnie zaglądać komuś tak w umysł... - zwróciłem się do niej nie zmywając przy tym mojego "uśmiechu".
-Skąd wiesz, że ja... - zaczęła, lecz tym samym ja jej przerwałem.
-Że ty potrafisz zaglądać komuś w umysł? Wyczułem to. Także wyczułem to, że się dobierasz do moich wspomnień, a więc utworzyłem coś na rodzaj "fałszywych zdarzeń z przeszłości". Wszystko, co tam ujrzałaś było fałszem. Byle komu nie pozwoliłbym patrzeć w moje wspomnienia.
Tym razem to klacz zmrużyła oczy. Próbowała znowu dostać się do mojego umysłu, a przy tym myśli.
-I uwierz mi, że już się tam nie dostaniesz. - Posłałem jej wyzywające spojrzenie.
-Zaklęcie blokujące... - szepnęła do siebie.
Skinąłem łbem.
-Głupia nie jesteś, a więc powinnaś się też domyślić, że moje "rozważające myśli" też były przykrywką, chciałem ciebie sprawdzić, a tak dokładniej to twoją moc. - uśmiechnąłem się szyderczo.
Marika wydawała się lekko rozkojarzona.
-A teraz jeśli pozwolisz pójdę już, nie mam czasu na udawanie, że nie wiem, czy nie rozumiem o co Ci chodzi... Żegnam.- Odwróciłem się napięcie i ruszyłem w przeciwnym kierunku.
-Lorgan! Zaczekaj! - krzyknęła za mną.
Zatrzymałem się i westchnąłem.
-Tak?
Klacz podbiegła do mnie.
-Dokąd idziesz?
Moja "twarz" tym razem pozostała bez jakichkolwiek emocji.
-Patrolować teren.
Marika skrzywiła się.
-Myślałam, że jesteś wojownikiem, to znaczy, że jesteś zwiadowcą?
-Nie. Powiedzmy, że to moja "kara" za to, że długo się nie udzielałem jako wojownik.
-Rozumiem. W taki razie będę twoją towarzyszką dzisiejszej nocy. - powiedziała z pełnym odwagi uśmiechem.
Towarzyszka dzisiejszej nocy? Jak to dziwnie brzmi.
-Jak chcesz, ale oczywiście o ile nie będziesz "ćwierkała" mi nad uchem. Mam serdecznie dosyć gadatliwych, jakichkolwiek istot.
-Nie ma sprawy. - zaśmiała się.
-A i jeszcze jedno... - zacząłem. - nie dobijaj się do mojej mózgownicy, bo to i tak Ci nic nie da, jeżeli choć trochę znasz się na czarnej magii to powinnaś wiedzieć, że to bardzo, ale i to bardzo silne zaklęcie.
W odpowiedzi usłyszałem przekleństwo wymamrotane pod nosem.
Zasadniczo nie wiem po co chciała ze mną iść. No nieważne...
Razem schodziliśmy ze wzgórza w kierunku lasu. Myślałem, że to las wypełniony życiem, kolorami, ale tej nocy wydawał się dziwnie nieruchomy i wyciszony.
Na początku mroźne światło księżyca i gwiazd przeświecało przez listowie i ułatwiło nam marsz, ale im bardziej zagłębialiśmy się w las, tym drzewa stawały się wyższe i starsze, a ich korony tworzyły baldachim cienia, przez które z ledwością przebijało zmętniałe światło. Pnie drzew były tak grube, że niektóre z nich stykały się ze sobą, więc nie można byłoby się pomiędzy nimi prześlizgnąć. Natomiast ja szybko i zwinnie omijałem ścieżki wydeptane przez jelenie. Podążałem drogą, którą kierował mną instynkt. Wokół panowała ciemność i gdyby nie to, że miałem prawdziwie koci wzrok, nieźle bym się pokiereszował.
W końcu wyszliśmy z gęstwiny starych drzew na polanę.
Na polanie, otoczony drzewami, wzniósł się niewielki wzgórek.
-Ale tu pięknie... - szepnęła klacz patrząc w gwieździste niebo.
Także skierowałem wzrok ku górze.
-To prawda, nie najgorszy widok.
W tym momencie Marika skierowała swoje ciemne oczy w moją stronę i cicho szepnęła:
-...
(Marika?)
wtorek, 25 października 2016
Od Lorgana C.D Mariki
Z ledwością wypłynąłem z jeziora. Tak właściwie to byłem lekko rozkojarzony, co ja tutaj robię? I co się stało? W uszach mi piszczało, co jeszcze bardziej nasilało się na moje oszołomienie.
W pysku poczułem jakże znany mi posmak krwi. Powoli do mnie dochodziło co się właściwie wydarzyło, jak ja mogłem do tego dopuścić?!
Niespodziewanie się gwałtownie poruszyłem, brunatna ciecz otulała także moje nogi. Wyczuwałem, że to nie tylko do mnie należała ta krew. Niestety musiałem kogoś zaatakować... Już od bardzo dawna nikogo nie zaatakowałem pod tą moją drugą postacią...
W tym samym momencie zauważyłem jak ta krew doprowadza do... Jakieś postaci? Tak, a dokładniej to konia.
Tajemniczy mi osobnik siedział na trawie, w cieniu dzikiej róży, która pięła się w nienaturalny sposób po niezwykle rozgałęzionej akacji. Niecodzienny widok.
Nie mogłem dostrzec konia, wyczuwałem w powietrzu jego woń świeżej krwi, musiał być ranny... Możliwe, że to była moja ofiara, a raczej tego "drugiego" mnie.
Zacząłem powoli podchodzić do rannego, choć i tak to było bez znaczenia, gdyż koń postanowił powoli się wyłaniać z pod krzewu róży.
-Powiem Ci szczerze, że jeszcze nigdy płeć przeciwna mnie tak nie przywitała - zaczął, a tak właściwiej to zaczęła.
Przede mną stała nieduża, siwa klacz... To znaczy się, gdyby nie krew, która żwawo wypływała jej z rany na szyi, byłaby zapewne o wile bielsza.
-C-czy ja ciebie... - zacząłem niepewnie, gdy to klacz mi przerwała.
-Tak, zaatakowałeś mnie, a tak dokładniej to ten potwór, który w tobie się kryje. - powiedziała z wesołym typowym dla klaczy uśmiechem. - A więc, jeżeli pozwolisz i wróciłeś do siebie to pójdę i podmyję ranę.
Po chwili spojrzała na mnie, a wtedy dostrzegłem coś pod maską uśmiechu. Może smutek? A może strach? Zanim zdołałem to rozszyfrować, tajemnicze emocje zniknęły. Może miałem przywidzenie?
-Wybacz, że musiało Cię to akurat spotkać, ale niestety kiedy dochodzi już do przemiany... Nie kontroluję tego...
-Nie bój nic Lorgan, tyle się tu dzieje, że już mnie nic nie zdziwi. - zaśmiała się ironicznie.
Skąd ona znała moje imię? Jak ja ją pierwszy raz na oczy widziałem.
-Coś nie tak?
Zamilkłem. Nie mogłem dopuścić do tego, aby ktoś się dowiedział o mojej "mocy" to by mogło dużo rzeczy zniszczyć. Niestety moje sprawy mogą przynieś inny obrót, jeżeli ktoś niepowołany może się o tym dowiedzieć... Jeśli będę musiał to trzeba będzie zlikwidować zagrożenie... Ale nie, zaraz, co się ze mną dzieje?
Zmrużyłem oczy i przyjrzałem się nowo poznanej mi klaczy.
-Skąd znasz moje imię?
(Marika?)
niedziela, 9 października 2016
Od Lorgana C.D Mariny
Pod wpływem gwałtownego upadku przez pewien moment nie mogłem utrzymać równowagi, dopiero po kilku chwiejnych próbach mogłem w pełni utrzymać się na nogach.
Krew zaszumiała mi w uszach powodując, że przez krótką chwilę nie mogłem nic usłyszeć, czyli między innym panicznego świergotu Miodki. Ona jednak myśląc nadal, że jestem oszołomiony zaczęła swym małym językiem lepić go to mojej "twarzy".
- Miodka, czy mogłabyś przestać ćwierkać? Próbuję się skoncentrować. Hej, hej, trzymaj ten język z dala ode mnie. No naprawdę, Marina mogłaby nauczyć cię zasad dobrego wychowania. Swoją drogą mam nadzieję, że razem z Ismeną są całe i zdrowe... No nic, musimy iść przed siebie. - zacząłem mówić do małego wystraszonego kolibra.
Koliber na moje słowa przez chwile się uspokoiła, mimo tego nie potrwa to wiecznie. Jaki pan taki kram, będę musiał być przygotowany na kolejne dawki jej ćwierkania. No nic jakoś to będę musiał przetrwać.
Znajdywaliśmy się w czymś, co przypominało jaskinię. Tak jakby dzieliła się na dwie części. Za czymś, co przypominało ścinę słyszałem czyjeś kroki i głosy, sądząc po warknięciach i jakże znanym mi dobrze głosie Mariny, moje towarzyszki musiały trafić do tamtej części. W głębi duszy się z tego powodu ucieszyłem, gdyż jakby ktoś z nas miał kłopoty, albo znalazł wyjście szybko się o tym dowiemy.
Gdy ruszyliśmy dalej niekończącymi się, poskręcanymi tunelami, nagle natrafiliśmy na drzwi... Drzwi? Co robią akurat w taki miejscu drzwi? Kompletnie nie pasowały do tego ciemnego, jaskiniowego klimatu. Miodka zaćwierkała niespokojnie.
-Chyba nie mamy innego wyboru. Może to droga prowadząca do wyjścia? - szepnąłem do małego ptaszka chowającego się za moją grzywą. - Ale może to też oznaczać, że będziemy musieli się rozdzielić z tamtą dwójką.
-Przechodzimy przez te drzwi? Może nie powinnyśmy, jak sądzisz Ismena? - rozległ się głos Mariny po drugiej stronie.
-No nie wiem... Może chodźmy, tylko powiedzmy o tym Lorganowi... - odezwała się tym razem Ismena.
Gdy już miała krzyknąć moje imię, sam się odezwałem.
-Wszystko słyszałem. Możemy przez nie przejść jak będzie coś nie tak to najwyżej tu wrócimy, jasne?
-Dobra! - odpowiedziały chórem.
W głębi duszy wiedziałem, że to nie najlepsze rozwiązanie, ale... Może to być, także jedyne, aby stąd wyjść. No nic. Chwyciłem zębami za klamkę przypominającą kształtem różę. Zaraz po tym drzwi samoistnie i powoli otworzyły się przed nami. Gdy już przez nie przeszliśmy zatrzasnęły się za nami z wielkim hukiem.
Na ten dźwięk Miodka pisnęła swym cienkim głosem.
Cofnąłem się jeszcze raz do drzwi próbując je otworzyć, lecz niestety były zamknięte na amen.
Westchnąłem ciężko.
-W porządku. Idziemy dalej...
Znaleźliśmy się w mokrym korytarzu z osadami wapnia zwisającymi w formie kruchych, kredowych stalaktytów. Zrobiłem kilka kroków, idąc po kostki w wodzie. Było ciemno, ale nie na tyle, aby niczego nie dostrzec. Postrzępione fragmenty fioletowej osłony, poruszały się z każdym podmuchem wiatru niczym cienkie firanki albo duchy. Przeszliśmy przez kolejne przejście prowadzące do kolejnego korytarza pełnego korzeni. Te grubsze przedzierały się przez twarde podłoże, po czym stawały się cieńsze i rozgałęzione niczym układ krwionośny. Długie, włochate niteczki pławiły się w wodzie. Najdziwniejsze jednak były owoce, wyrastające z korzeni jak z gałęzi. Mimo braku słońca i gleby z kosmatych zwojów zwisały blade kulki. Podszedłem bliżej razem z Miodką. Mlecznobiała, półprzezroczysta skórka miała różowaty odcień, sugerując, że miąższ może być czerwony.
Miodka dotknęła jednego z owoców, co również ja uczyniłem.
-Ciepły - powiedziałem.
Koliber skinąłem łbem i badawczo obserwował owoce.
Wtedy zauważyłem zardzewiałe schody o poręczach owiniętych poczerniałym materiałem. Podszedłem do nich. To miejsce mnie co raz bardziej przeraża. W takim miejscu schody...
Miodka przyległa znowu do mojej grzywy, tym razem trzymając mniej kurczowo. Stopnie były duże i szerokie, a więc bez problemu mógłbym po nich wejść.
Zawahałem się, zresztą i tak było już za późno, by się cofnąć.
Ruszyłem w górę. Każdy mój krok wywoływał echo. Po jakimś czasie schody robiły się coraz bardziej spiralne. Ciągnęły się coraz wyżej i wyżej, by w końcu dotrzeć do kolejnych drzwi.
Moja mała towarzyszka westchnęła rozpaczliwie. Modliłem się w duchu, aby to było wyjście.
Niestety wyjście to nie było, ale tym razem znaleźliśmy się w kompletnie innym i odbiegającym od tego, co spotkaliśmy tam na dole pomieszczeniu. Nie czuć w nim było zgnilizny i wilgoci. Podłoże było zrobione z czarnego dębu, a ściany koloru przygaszonej zieleni ozdobione przeróżnymi obrazami. Nie było tam okien, jedyne światła zwisały nad obrazami. Mimo nieskazitelnej czystości jaka panowała w tym pokoju był on niepokojący.
Podszedłem do jednego z obrazów. Przeczytałem jego tytuł.
,,Oddech - głosił jeden. Miłość - napisał drugi ''.
Bardzo nietypowy tytuł.
W tym momencie przeszliśmy obok obrazu z zakapturzoną dziewczynką, po której łzy ciekły z policzków. Chyba najbardziej właśnie on mnie zaniepokoił. Przechodząc koło niego usłyszeliśmy za sobą rozchodzący się echem śmiech, cieniutki, niczym śmiech dziecka. Szybko odwróciliśmy się.
Miodka gwałtownie wciągnęła powietrze. W zasadzie mi też na chwile zabrakło tchu.
Obraz z dziewczynką, który właśnie minęliśmy obciekał czerwoną cieczą, było też coś na nim napisane, podszedłem bliżej, aby mu się przyjrzeć.
Było tą samą czerwoną cieczą niewyraźnie napisane: ,,Pobawimy się w chowanego?''.
Samoistnie przeszedł po mnie dreszcz. Jak to możliwe, że to się tu pojawiło? Przecież, przecież... Coś jest tu bardzo, ale i to bardzo nie tak... Musimy wracać...
-Zmywamy się stąd, chodź. - skierowałem te słowa do Miodki.
Mieliśmy się już stamtąd zbierać, gdy nagle stanąłem jak wryty. Ktoś stał w wejściu. Był to ktoś niski... Człowiek... Nie, dziecko. Przed oczami latały mi ciemne plamy. Miałem ochotę uciec, ale nie mogłem... Nogi ugięły się pode mną i upadłem... Nastąpiła ciemność...
(Marina? Co się działo z tobą i Ismeną w między czasie?)
sobota, 10 września 2016
Od Lorgana C.D Mariny
Tak właśnie się kończy zostawienie na moment Mariny... Dosłownie, tylko na kilka minut spuściłem ją z oczu, a ona już wraca z jakimiś zgubami.
Westchnąłem ciężko i spojrzałem z zażenowaniem na Marinę.
-Spójrz kogo spotkałam - skierowała łeb na wilka i... Kolibra? (Tak przynajmniej mi się wydaje). - Są zgubieni i... I warto byłoby im pomóc... No bo... - jąkała się. - Dobra, powiem to prosto z mostu...
Przerwałem jej.
-Nie, nikogo ze sobą nie zabieramy. Wystarczy, że znoszę jeszcze Ciebie. Nie prowadzimy żadnej wycieczki po okolicach, aby zabierać "zwiedzających". Marina, dobrze wiesz jak poważna jest to DLA MNIE sprawa. Ta wyprawa nie jest lekka, nie tyle, że niebezpieczna to jeszcze bardzo stresująca. Czasem trzeba pomyśleć zanim się coś zrobi...
-Tak, tak wiem, ale Lorgan oni mogą nam się przydać. Na pewno nie są to "zwyczajne zwierzęta", w ich krwi też płynie magia, mogą nam się na serio przydać. Zgódź się. - spróbowała zrobić słodkie oczy, ale jakoś jej to nie wyszło.
Z jednym się zgodzę, w tamtej dwójce faktycznie płynęła magia, ale ich kompletnie nie znaliśmy.
-Marina ma racje. Jeżeli się zgodzisz to możemy Ci pomóc w tej trudnej wyprawie, a nawet mogłabym być twoim towarzyszem, wtedy byłoby Ci jeszcze prościej. Uwierz mi, że ja też nie byłam dobrze nastawiona na zaserwowaną mi propozycję. - głośno i odważnie wypowiedziała się wadera.
Wilczyca zrobiła krok w moją stronę. Jej turkusowe oczy zabłysnęły w słabym świetle zachodzącego słońca.
-Jestem Ismena i zgadzam się na twoje wszelkie warunki wyprawy. Chciałabym z tobą współpracować i być Ci wierna przy każdej trudnej i niebezpiecznej sytuacji jako twój osobisty towarzysz. Możesz mi ufać i powierzyć wszystko, wiedząc o tym, że nigdy Cię nie zdradzę. Jeżeli jednak bym zawiodła to... Pozwolę się zabić przez ciebie. - wygłosiła w ukłonie i z pełną powagą.
Zszokowały mnie jej słowa, gdyż chciała mi się poświęcić, a wcale mnie nie znała....
*Po kilku godzinach*
-Do teraz nie wiem dlaczego na to się zgodziłem... - mruknąłem do siebie słysząc w oddali kłótnię wadery z klaczą.
-Jak ty jesteś głupia! Ty w ogóle potrafisz myśleć?! -dobiegł mnie krzyk wilczycy.
-Odszczekaj to! - odpowiedziała kąśliwie Marina.
Bogowie tej ziemi... Za co?
-Słuchajcie, jeżeli macie zamiar się kłócić to równie dobrze byście mogły to robić wracając do domu. Nie zabrałem was tu tylko po to, abym wysłuchiwał waszych kłótni. - odpowiedziałem zadziwiająco spokojnie. - Z tego, co mi się wydaje to niedaleko powinno być tu niewielki staw, a więc prosiłbym, abyście się uspokoiły i szły w ciszy.
-Ja wiem gdzie to jest. Mogę was tam zaprowadzić szybciej. - ruszyła biegiem naprzód wilczyca. - Na co czekacie? Idziecie?
Po chwili przyśpieszyliśmy do galopu, żeby dogonić Ismenę.
Pęd powietrza był coraz mocniejszy. Mimo, że dziś nie był chłodny dzień, poczułem jak zjeża mi się sierść.
-Jeśli pogoda się utrzyma, będziemy mogli pójść przez piękne wrzosowiska. - oznajmiła Ismena.
-Jeżeli będzie to najszybsza droga to tak. - odpowiedziałem.
Pięliśmy się ścieżką, aż dotarliśmy na płaskowyż ogrodzony z jednej strony urwiskiem, u którego stóp znajdował się naturalny staw zwany Studnią bez dna. Woda była niemal czarna, a silny wiatr sprawiał, że raz po raz błotnisty brzeg zalewały niezbyt duże fale. Kiedy tylko niewielkie jeziorko ukazało się naszym oczom, Marina z kolibrem popędziła do stawu, zanurzając się w nim i pijąc łapczywie wodę. W zasadzie sam też tak uczyniłem. Chłodna woda przyniosła mi wyraźną ulgę. Mógłbym w tej wodzie zasnąć, była taka kojąca.
Korzystając z okazji, moi bujający w obłokach towarzysze zaraz zaczęli ochlapywać się błotnistą wodą. W zabawie ani trochę nie przeszkadzał im zimny wiatr wiejący znad zboczy wprost na nasze głowy. Chłodna woda dobrze mi zrobiła, ale wciąż wyglądałem tak, jakbym dźwigał na barkach całe niebo i też tak się czułem. Przełknąłem ślinę. Od jakiegoś czasu nie nastała przemiana, czy klątwa ustąpiła? Nie, takie rzeczy nigdy nie ustępują. Czułem się z tego powodu zbity z tropu.
-Będziesz mieć na na swoim ciele krew zabitych, Lorganie. Im dłużej będziesz zwlekać, tym bardziej się splamisz... - usłyszałem szept... tak jakby ktoś mi te słowa wyszeptał do ucha.
Odwróciłem się gwałtownie... lecz nikogo nie było...
~Czy mi już zaczyna odbijać? - Pokręciłem głową.
-Lorgan, wszystko w porządku? - spytała zaniepokojona Marina.
Zanim zorientowałem się, co do mnie mówi, wykrztusiłem:
-Tak... Wszystko dobrze...
Robiła już się noc, a więc postanowiliśmy ruszyć się z miejsca i znaleźć miejsce, gdzie byśmy mogli przenocować.
Tak w zasadzie to Ismena nas kierowała, ja byłem zbyt przejęty myślami... te słowa, które siedziały w mojej głowie: "Będziesz mieć na na swoim ciele krew zabitych, Lorganie. Im dłużej będziesz zwlekać, tym bardziej się splamisz".
Do tego jeszcze to nieznośne uczucie, że tuż za załomem kotliny lub za szczytem skalistego wzgórza coś na nas czyha. Byłem w każdej chwili gotowy do walki. Za każdym razem gdy ostro skręcaliśmy, spodziewałem się na kogoś lub coś wpaść. Nikogo jednak nie było. Zaczynałem mieć mroczki przed oczami, coś jest nie tak... Ale w tym momencie pojawiła się przed naszymi oczyma jaskinia.
Wydawała się duża i bezpieczna, aczkolwiek zawsze trzeba zachować czujność... Chwila, od kiedy zacząłem się robić taki bojaźliwy... Było coś ze mną nie tak, dziwne przeczucie, że coś się zaraz złego stanie i w zasadzie miałem rację... Gdy Marina, Ismena i koliber zaczęli układać się do snu, poczułem jakby coś mnie łamało od środka, wydobyłem z siebie nienaturalny dźwięk przypominający wycie wiatru, wypluwając krwią.
Tak... To dziś nastąpi... Przemiana nie pojawiała się długo, a więc ta będzie szczególnie silna i drastyczna... Musiałem od nich uciec, póki jeszcze mam zachowane resztki świadomości. Uciekałem jak najdalej, jak tylko potrafiłem, lecz z każdą sekundą moje mięśnie zaczęły się paraliżować. Krew zaczęła wypływać mi uszami, przez co nie słyszałem nic, moje przednie nogi nagle wyłamały się w pół niosąc ze sobą niewyobrażalny ból i krzyk. Nie mogłem się ruszyć. Z mojego nosa teraz wypływał potok krwi, ciężko dysząc poczułem jak ze złamanych kończyn coś wyrasta... albo się mutuje. Tak, moje ciało zaczęło się mutować w wilczą kreaturę.
Litości, oby oni nie poszli mnie szukać...
(Marina? Wiem takie sobie, ale wena uciekła :/)
czwartek, 18 sierpnia 2016
Od Lorgana C.D Mariny
Zostawiłem klacz przy strumieniu, aby rozejrzeć się za drogą, która mogłaby nas stąd wyprowadzić.
Ruszyłem ścieżką wijącą się ku skalistym wzgórzom. Pomiędzy większymi kępami trawy utorowały sobie drogę niewielkie strumyki. Powietrze pachniało zgnilizną. Całkiem inny świat: nie było tu innych barw niż szarość i mdłe, przygaszone zielenie i brązy. To miejsce rzeczywiście budziło grozę. Mnie też ani trochę się tu nie podobało. W końcu znalazłem drogę, która prowadziła prosto na klif. Po paru chwilach już znalazłem się na jej szczycie. Wyczułem coś... Jakąś silną magię... Złowrogą magię... To, co na nas nadciągało, nie przypominało chmury. Była to przepotężna, sięgająca nieba ściana mgły o wodnisto - popielatej barwie.
Muszę szybko odnaleźć Marinę.
W zasadzie nie trzeba było, gdyż to ona mnie odnalazła.
-Lorgan... - zaczęła, lecz tym samy ja jej przerwałem.
-Marina, nadciąga zaklęta mgła! Uciekaj!
Marina zamarła. Jej rozdziawiona mina była jak niemy krzyk przerażenia.
Rzuciłem się w jej stronie widząc, że klacz nic nie robi. Odepchnąłem ją ze szlaku na porośnięty mchem dukt pomiędzy ciągami kolcolistu. Zaczęliśmy biec ile sił w nogach. Marina posłusznie biegła tuż za mną.
Staraliśmy się oddalać od krawędzi mgły, a nie podążać wzdłuż niej. Słyszałem krzyk Mariny. Zorientowałem się wtedy, że ściana szarości wygina się w łuk, omijając zgrabnie wszystkie drzewa, nadciągając prosto na nas. Mierzyliśmy się z bardzo potężną magią.
Wąska ścieżka pod naszymi kopytami nagle się urwała. Wpadliśmy w błoto i torf. Teraz czekał nas już tylko niemy horror.
-Marina - wyszeptałem, z trudem utrzymując równowagę w gęstwinie błota - schowaj się za mną i bądź cicho. - Kiedy na dobre złapałem już pion, pomogłem jej stanąć prosto i przysunąłem ją do siebie.
Kiedyś mój ojciec nauczył mnie kilku dyskretnych zaklęć właśnie na wypadek takich o to sytuacji. Jeden po drugi rozbłysły wokół nas drobne płomyki światła. Ledwie można było je dostrzec, ale to wystarczyło, aby oddalić klątwę od nas. Dzięki temu mogliśmy normalnie oddychać. Nawet takie liche światło oznaczało bezpieczeństwo.
Staliśmy nieruchomo, czekając. Czekając, aż ktoś (może) nas uratuje albo... Aż znajdzie nas to coś kryjące się za tą gęstą szarością.
Jedynym słyszalnym odgłosem były teraz nasze oddechy. Do naszych płuc nie dostało się zaklęcie powietrza, ale sama ta przerażająca cisza wystarczyła, by wariować ze zdenerwowania.
-Bilog Hininga. Magia na naprawdę światowym poziomie. - wydobył się głos z odmętu szarości.
Przypierając Marinę za sobą, zacząłem się obracać.
-Kim jesteś? Czego chcesz?
Nagle z mgły wyłonił się ten oto ogier:
Jego świecące ślepia wzbudzały przerażenie, a z nietypowym umaszczeniem i z mgłą w tle, robił wrażenie. Wyglądał jak prawdziwy posłaniec Boga śmierci.
-Jestem tu, żeby z tobą porozmawiać, lordzie Lorganie. Liczyłem na rozmowę sam na sam, ale chyba jakoś wytrzymam z twoją... Kochanką?
-To nie moja kochanka. - zaprotestowałem. - A teraz odpowiedz mi kim ty jesteś? I skąd znasz moje imię?
-Coś mi się wydaje, że mnie na pewno znasz... Głupi nie jesteś, a więc zapewne domyślisz się kim jestem. Lordzie Lorganie. - Pochylił się w ukłonie, wykreowanym na żart.
Zaklęcie, które wypuściłem w nasze otocznie zostało pochłonięte przez tajemniczego ogiera. Wyprostował się z tryumfalnym uśmieszkiem.
-Graj czysto. Jestem przecież tu sam.
-Nie jesteś sam. Nikt nie dałby rady rzucić w pojedynkę tak potężnej klątwy blokującej. - Grałem na zwłokę, licząc na to, że szybko coś wymyślę, aby nas stąd wyciągnąć.
-No widzisz... Ja jednak dałem radę. Mój ojciec jest świetnym mentorem i nauczycielem tak silnej magii... Szkoda tylko, że twój ojciec nie był, aż tak dobry... Gdyby wtedy dał radę... Nadal byłby tutaj z twoją całą rodziną, a nawet i rodem, a tak to zostałeś sam... Jako ostatni z rodu Hentitów...
Po jego słowach nagle mnie olśniło. To jest jego syn. Syn tego, który zamordował cały mój ród. W tym momencie poczułem jak coś mnie wstrząsa i powoli się uwalnia... Uśmiechnąłem się krzywo, był to bardziej psychopatyczny uśmiech. Nie patrzyłem na nikogo, tylko przed siebie, po czym zacząłem wyraźnie i wolno mówić.
-Czyli, że to ty jesteś synem tego sukinkota? Aha, rozumiem...
Marina, ze strachem, który jej przez cały czas towarzyszył, dygnęła jeszcze bardziej z przerażenia. Wyczuwałem, że jej strach wzrósł.
-Teraz to czas, abym to ja was zaatakował... Wymorduje, wymorduje was wszystkich... Będę patrzył jak wszyscy po kolei krztusicie się krwią i powoli z niewyobrażalnym bólem umieracie... - przechyliłem lekko łeb, patrząc na niego wzrokiem szaleńca. - A kiedy już i ja ciebie dorwę będziesz mnie błagał, abym darował Ci życie, nie, wszyscy... Wszyscy będziecie mnie o to prosić, a ten skurwysyn... - zmrużyłem oczy. - Nikt jeszcze nie dozna takiego piekła jakiemu ja mu osobiście wyrządzę. - ostatnie słowa niemal wysyczałem.
Ogier przez moment patrzył na mnie z zaskoczeniem.
-Zacne plany, ale nie wiem, czy się powiodą... - odpowiedział z równym spokojem. - Tak, czy inaczej jeszcze się spotkamy.
-O to się nie martw, wytropię was, nieważne ile jeszcze was spotkam - znajdę was i zabiję. - spojrzałem mu prosto w oczy.
Ogier spojrzał na mnie z nieodgadnionym wyrazem pyska.
-Żebyś się nie zdziwił... - po tych słowach zniknął, a razem z nim mgła.
Mimo tego wewnątrz mnie targała mną furia, dzięki, której zdołałem swoją mocą unicestwić bagno, które zaczęło wyparowywać. Zostało po nim tylko obszerne i duże wgłębienie w ziemi.
-Lo - Lorgan... - wyjąkała nadal sparaliżowana strachem Marina.
-Musimy ruszać dalej. - odpowiedziałem przerażająco spokojnie. - Jeżeli nie będziesz chciała to pokażę Ci powrotną drogę do stada.
(Marina?)
Ruszyłem ścieżką wijącą się ku skalistym wzgórzom. Pomiędzy większymi kępami trawy utorowały sobie drogę niewielkie strumyki. Powietrze pachniało zgnilizną. Całkiem inny świat: nie było tu innych barw niż szarość i mdłe, przygaszone zielenie i brązy. To miejsce rzeczywiście budziło grozę. Mnie też ani trochę się tu nie podobało. W końcu znalazłem drogę, która prowadziła prosto na klif. Po paru chwilach już znalazłem się na jej szczycie. Wyczułem coś... Jakąś silną magię... Złowrogą magię... To, co na nas nadciągało, nie przypominało chmury. Była to przepotężna, sięgająca nieba ściana mgły o wodnisto - popielatej barwie.
Muszę szybko odnaleźć Marinę.
W zasadzie nie trzeba było, gdyż to ona mnie odnalazła.
-Lorgan... - zaczęła, lecz tym samy ja jej przerwałem.
-Marina, nadciąga zaklęta mgła! Uciekaj!
Marina zamarła. Jej rozdziawiona mina była jak niemy krzyk przerażenia.
Rzuciłem się w jej stronie widząc, że klacz nic nie robi. Odepchnąłem ją ze szlaku na porośnięty mchem dukt pomiędzy ciągami kolcolistu. Zaczęliśmy biec ile sił w nogach. Marina posłusznie biegła tuż za mną.
Staraliśmy się oddalać od krawędzi mgły, a nie podążać wzdłuż niej. Słyszałem krzyk Mariny. Zorientowałem się wtedy, że ściana szarości wygina się w łuk, omijając zgrabnie wszystkie drzewa, nadciągając prosto na nas. Mierzyliśmy się z bardzo potężną magią.
Wąska ścieżka pod naszymi kopytami nagle się urwała. Wpadliśmy w błoto i torf. Teraz czekał nas już tylko niemy horror.
-Marina - wyszeptałem, z trudem utrzymując równowagę w gęstwinie błota - schowaj się za mną i bądź cicho. - Kiedy na dobre złapałem już pion, pomogłem jej stanąć prosto i przysunąłem ją do siebie.
Kiedyś mój ojciec nauczył mnie kilku dyskretnych zaklęć właśnie na wypadek takich o to sytuacji. Jeden po drugi rozbłysły wokół nas drobne płomyki światła. Ledwie można było je dostrzec, ale to wystarczyło, aby oddalić klątwę od nas. Dzięki temu mogliśmy normalnie oddychać. Nawet takie liche światło oznaczało bezpieczeństwo.
Staliśmy nieruchomo, czekając. Czekając, aż ktoś (może) nas uratuje albo... Aż znajdzie nas to coś kryjące się za tą gęstą szarością.
Jedynym słyszalnym odgłosem były teraz nasze oddechy. Do naszych płuc nie dostało się zaklęcie powietrza, ale sama ta przerażająca cisza wystarczyła, by wariować ze zdenerwowania.
-Bilog Hininga. Magia na naprawdę światowym poziomie. - wydobył się głos z odmętu szarości.
Przypierając Marinę za sobą, zacząłem się obracać.
-Kim jesteś? Czego chcesz?
Nagle z mgły wyłonił się ten oto ogier:
Jego świecące ślepia wzbudzały przerażenie, a z nietypowym umaszczeniem i z mgłą w tle, robił wrażenie. Wyglądał jak prawdziwy posłaniec Boga śmierci.
-Jestem tu, żeby z tobą porozmawiać, lordzie Lorganie. Liczyłem na rozmowę sam na sam, ale chyba jakoś wytrzymam z twoją... Kochanką?
-To nie moja kochanka. - zaprotestowałem. - A teraz odpowiedz mi kim ty jesteś? I skąd znasz moje imię?
-Coś mi się wydaje, że mnie na pewno znasz... Głupi nie jesteś, a więc zapewne domyślisz się kim jestem. Lordzie Lorganie. - Pochylił się w ukłonie, wykreowanym na żart.
Zaklęcie, które wypuściłem w nasze otocznie zostało pochłonięte przez tajemniczego ogiera. Wyprostował się z tryumfalnym uśmieszkiem.
-Graj czysto. Jestem przecież tu sam.
-Nie jesteś sam. Nikt nie dałby rady rzucić w pojedynkę tak potężnej klątwy blokującej. - Grałem na zwłokę, licząc na to, że szybko coś wymyślę, aby nas stąd wyciągnąć.
-No widzisz... Ja jednak dałem radę. Mój ojciec jest świetnym mentorem i nauczycielem tak silnej magii... Szkoda tylko, że twój ojciec nie był, aż tak dobry... Gdyby wtedy dał radę... Nadal byłby tutaj z twoją całą rodziną, a nawet i rodem, a tak to zostałeś sam... Jako ostatni z rodu Hentitów...
Po jego słowach nagle mnie olśniło. To jest jego syn. Syn tego, który zamordował cały mój ród. W tym momencie poczułem jak coś mnie wstrząsa i powoli się uwalnia... Uśmiechnąłem się krzywo, był to bardziej psychopatyczny uśmiech. Nie patrzyłem na nikogo, tylko przed siebie, po czym zacząłem wyraźnie i wolno mówić.
-Czyli, że to ty jesteś synem tego sukinkota? Aha, rozumiem...
Marina, ze strachem, który jej przez cały czas towarzyszył, dygnęła jeszcze bardziej z przerażenia. Wyczuwałem, że jej strach wzrósł.
-Teraz to czas, abym to ja was zaatakował... Wymorduje, wymorduje was wszystkich... Będę patrzył jak wszyscy po kolei krztusicie się krwią i powoli z niewyobrażalnym bólem umieracie... - przechyliłem lekko łeb, patrząc na niego wzrokiem szaleńca. - A kiedy już i ja ciebie dorwę będziesz mnie błagał, abym darował Ci życie, nie, wszyscy... Wszyscy będziecie mnie o to prosić, a ten skurwysyn... - zmrużyłem oczy. - Nikt jeszcze nie dozna takiego piekła jakiemu ja mu osobiście wyrządzę. - ostatnie słowa niemal wysyczałem.
Ogier przez moment patrzył na mnie z zaskoczeniem.
-Zacne plany, ale nie wiem, czy się powiodą... - odpowiedział z równym spokojem. - Tak, czy inaczej jeszcze się spotkamy.
-O to się nie martw, wytropię was, nieważne ile jeszcze was spotkam - znajdę was i zabiję. - spojrzałem mu prosto w oczy.
Ogier spojrzał na mnie z nieodgadnionym wyrazem pyska.
-Żebyś się nie zdziwił... - po tych słowach zniknął, a razem z nim mgła.
Mimo tego wewnątrz mnie targała mną furia, dzięki, której zdołałem swoją mocą unicestwić bagno, które zaczęło wyparowywać. Zostało po nim tylko obszerne i duże wgłębienie w ziemi.
-Lo - Lorgan... - wyjąkała nadal sparaliżowana strachem Marina.
-Musimy ruszać dalej. - odpowiedziałem przerażająco spokojnie. - Jeżeli nie będziesz chciała to pokażę Ci powrotną drogę do stada.
(Marina?)
Subskrybuj:
Posty (Atom)



