Pogoda była wręcz olśniewająca. Grzłam się w promieniach słońca wędrując
między dziko rosnącymi różami i lawendą. W pobliżu ganiały się malutkie
wiewiórki zbierające orzeszki. Z rozkoszą przyglądałam się tym
malowniczym krajobrazom, gdy wtem usłyszałam głośny szczek. Zobaczyłam
dziwnie znajomego wilka, który skoczył na wiewiórki i zaczął je
rozszarpywać. Krew niewinnych stworzonek skapywała mu z pyska, gdy
przegryzał ich kości. Z jego gardła wydobywało się głośne warczenie.
- Ach! - krzyknęłam otwierając szeroko oczy i gwałtownie wybudzając się
ze snu. Warczenie, które słyszałam wcale mi się nie przyśniło. Nadal
rozbrzmiewało tuż przy mojej głowie. Hamując gniew powoli odwróciłam
pysk w tamtą stronę. Ismena wpatrywała się we mnie niecierpliwie swoimi
wilczymi turkusowymi oczami.
- Wstałaś już łaskawie królewno? Czy życzysz sobie może śniadanie do
łóżka? - zapytała z sarkastycznym uśmieszkiem. O ile wyszczerzone kły
można nazwać uśmiechem.
- Czy możesz mi łaskawie powiedzieć, dlaczego budzisz mnie w środku
nocy? - zapytałam starając się mówić spokojnie, choć głos drżał mi lekko
z gniewu. Wadera wyglądała, jakby miała ochotę odpowiedzieć coś
naprawdę paskudnego, ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie. Widać było,
że coś ją gryzie.
- Słuchaj, nie mamy czasu. Lorgan zniknął. - powiedziała siląc się na
rzeczowy ton, choć jej zdenerwowanie było wręcz namacalne. Zamrugałam
kilka razy i rozejrzałam się po jaskini. Faktycznie, nigdzie nie było
śladu ogiera. Przez pierwszą chwilą pomyślałam, że może miał nas dość i
postanowił pójść dalej bez nas. Potem jednak uświadomiłam sobie, że nie
zostawiłby swojej najdroższej towarzyszki, panny Ismeny. Choć miałam
cichutkę nadzieję, że tak naprawdę nie zostawiłby mnie. W takim razie
pozostawało pytanie: gdzie on jest?
- Na co czekamy? - zapytałam zrywając się na równe nogi. - Musimy go
znaleźć, i to prędko. Co, jeśli ma kłopoty? - spojrzałam na Ismenę
czując rosnącą panikę.
- Nie histeryzuj, zaraz go znajdziemy. - odparła wadera wychodząc z
jaskini. Obejrzałam się za siebie. Miodka spała w najlepsze, pochrapując
cicho. Obudziłam ją prędko i we dwie wypadłyśmy z jaskini. Ismena
czekała pośród drzew, a pod osłoną nieprzeniknionej czerni nocy widać
było tylko jej połyskujące ślepia.
- Prowadź. - powiedziałam. Wadera bez słowa pobiegła przed siebie kierując się węchem. Bez zastanowienia, ruszyłyśmy za nią.
***
- Gratulacje! Po prostu nie nadajesz się na przewodnika, ale na dywanik
przed kominkiem! - krzyknęłam, gdy po raz setny zrobiłyśmy kółko wokół
jaskini. Wschodziło już słońce, a my nadal byłyśmy tak blisko
znalezienia Lorgana, co zostania przyjaciółkami.
- Znalazłabym go dawno temu, gdyby nie twój smród! - odszczeknęła wadera.
- Ach tak?! - zapytałam czując jak przepełnia mnie furia.
- Tak! - odparła nie mniej wściekła Ismena.
Przez krótką chwilę stałam trzęsąc się z gniewu. W końcu wzięłam głęboki oddech.
- Dobra, w ten sposób nic nie zdziałamy. Mamy znaleźć Lorgana, a kłótnie
nam w tym nie pomogą. - powiedziałam spoglądając na waderę.
- Tylko jak? On może być już bardzo daleko stąd. - powiedziała z nutką rozpaczy.
- Ale nie jest. - powiedział cichy, męski głos.
Zaskoczone w tym samym momencie podskoczyłyśmy i odwróciłyśmy się.
Naszym oczom ukazał się przystojny, uroczy, zniewalający, cudowny,
gorący... ach, no tak. W każdym razie był to nikt inny jak Lorgan. We
własnej osobie. Tylko jedno się nie zgadzało. Zwykle tak silny i
nieugięty, wyglądał teraz na... wyczerpanego? Choć starał się starał się
stać prosto i dumnie, widać było, że nogi drżały mu lekko z wysiłku,
jakby ledwo co się na nich utrzymywał. Z kolei jego czarne oczy były
teraz przekrwione i podkrążone.
- Lorgan! - krzyknęła Ismena na chwilę zapominając o swojej chłodnej
obojętności. Szybko jednak się opanowała i ze zmieszaniem wymamrotała
coś pod nosem. Uradowana Miodka zaczęła bez opamiętania fruwać wokół
Lorgana ćwierkając wniebogłosy. Zrobiłam krok do przodu chcąc przywitać
się z ogierem. On jednak tylko skinął mi lekceważąco głową i podszedł do
Ismeny, z którą zaczął rozmawiać przyciszonym głosem. Starając się nie
okazywać jak bardzo mnie to zabolało, odeszłam na kilka kroków udając
nagłe zainteresowanie leżącą na ziemi szyszką. W końcu Lorgan i Ismena
zmilkli i ruszyli w głąb lasu. Oglądając się na chwilę przez ramię.
Lorgan krzyknął:
- Marina, idziesz? Postanowiliśmy, że ruszamy w dalszą drogę.
- Tak, tak... idę. - odparłam ruszając z Miodką za oddalającą się
dwójką. Normalnie dodałabym jakiś marny suchar, ale w tej chwili całe
moje poczucie humoru prysło jak bańka mydlana. Szybko dogoniłam swoich
towarzyszy podróży i tym razem w całkowitym milczeniu szliśmy przez las.
Wsłuchiwałam się w rytmiczny odgłos kroków i towarzyszący mu trzask
gałązek próbując zająć czymś krążące wokół tamtej dwójki myśli. Martwe
jesienne liście pokrywały całą drogę przed nami. Nagle to poczułam.
Niebezpieczeństwo. Szelest liści, trzask gałęzi. Chciałam ich ostrzec.
Jeszcze kilka kroków... tak, to było blisko.
- Czekajcie...- zaczęłam. Lorgan tylko nieznacznie przekręcił głowę
dając mi znak, że mnie słucha. Ismena nawet nie zareagowała. -
Posłuchajcie mnie, ja... ja... chyba coś się zbli... AAA!!!! - nagle
wraz z krokiem idącej na przodzie Ismeny ziemia pod nami zniknęła
zastąpiona głęboką, czarną dziurą. Wraz krzykiem wszyscy wpadliśmy do
niej i zaczęliśmy spadać coraz bardziej w dół. Miodka chyba zapomniała o
lataniu, bo z głośnym piskiem zagłębiała się z nami w głąb dołu
uczepiona kurczowo grzywy Lorgana. Nagle bez ostrzeżenia tunel
rozdzielił się na dwa mniejsze. Zanim zdążyłam zareagować. wpadałam do
tunelu po lewej tuż za Ismeną, z kolei Lorgan i przyczepiona do niego
Miodka zniknęli w tunelu po prawej. Tunel ciągnął się i ciągnął, a im
głębiej spadałyśmy, tym ciemniej się robiło. W końcu tunel gwałtownie
zakręcił i z wrzaskiem wypadłyśmy na twardą. skalistą posadzkę,
wzbijając przy tym obłoki pyłu, kaszląc i się krztusząc. Po chili
podniosłam z ziemi obolały zad i rozejrzałam się.
- Gdzie jesteśmy? - zapytałam, a echo zwielokrotniło mój głos przyprawiając mnie o gęsią skórkę.
- Och, może w norce Białego Królika. Jestem pewna, że zaraz zaprosi nas
na podwieczorek. To chyba jasne, wpadłyśmy w pułapkę! - odparła Isemna
ze złością. Posłałam jej lekceważące spojrzenie i przeszłam kilka kroków
w głąb tunelu. Za jakie grzechy wpadałam tu z NIĄ? Nagle wydało mi się,
że zza ściany dobiegł mnie jakiś krzyk.
- Słyszałaś? - zapytałam.
- Co? - warknęła Ismena. Zamilkłyśmy obie nasłuchując. Tym razem bez wątpliwosci usłyszałyśmy krzyki.
- Miodka, czy mogłabyś przestać ćwierkać? Próbuję się skoncentrować.
Hej, hej, trzymaj ten język z dala ode mnie. No naprawdę, Marina mogłaby
nauczyć cię zasad dobrego wychowania. Swoją drogą mam nadzieję, że
razem z Ismeną są całe i zdrowe... No nic, musimy iść przed siebie.
- Coś czuję, że będziemy miały dobre słuchowisko. - wyszeptała Ismena za
moimi plecami. Odwróciłam się do niej z niepohamowanym uśmiechem.
- Chyba tak. - odparłam również szeptem.
- To jak, idziemy? - zapytała prawie bezgłośnie wskazując głową na
rozpościerającą się przed nami ciemność. Przez chwilę stałam
zastanawiając się. W końcu skinęłam łbem. Poszłyśmy wiec prosto w czarną
otchłań tunelu.
(Lorgan? Co się z tobą działo w międzyczasie?)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marina. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 26 września 2016
środa, 31 sierpnia 2016
Od Mariny CD opowiadania Lorgana
- Musimy ruszać dalej. - powiedział ogier przerażająco spokojnym głosem -
Jeżeli nie będziesz chciała, to pokażę ci powrotną drogę do stada.
Przez chwilę patrzyłam na Lorgana w osłupieniu. Stojąc na spękanej ziemi, która przed chwilą była bagnem, zastanawiałam się, co się właśnie wydarzyło, podczas gdy słowa Lorgana kołatały się w mojej głowie pozbawione znaczenia. Kiedy w końcu wszystkie myśli uporządkowały się, a sens słów ogiera wreszcie do mnie dotarł, spojrzałam na niego wytrzeszczonymi ze zdumienia oczami. Nagle, bez ostrzeżenia, parsknęłam śmiechem. Ogier patrzył na mnie z dziwnym wyrazem pyska.
- Powrotną drogę do stada? Chyba żartujesz. - powiedziałam, gdy udało mi się złapać oddech. Lorgan wcale nie wyglądał jednak, jakby miał ochotę na żarty. - Słuchaj, nie mam zamiaru zostawiać cie samego. Wiem, że nie jestem twoją wymarzoną partnerką podróży, nie jestem super silna, nie budzę postrachu i... no dobra, zdarza mi się za dużo mówić. Ale na pewno we dwóch możemy więcej niż w pojedynkę. A tak poza tym impreza dopiero się rozkręca! Nie licz na to, że pozwolę ci samemu skopać tyłek panu "O-bi-bog-su-per-nin-ja".
- Bilog Hininga to nazwa zaklęcia. - wtrącił ogier.
- Tak, czy siak - powiedziałam ignorując tę drobną uwagę - ruszajmy w drogę.
Ogier przez chwilę stał, jakby zastanawiał się, czy nie zmienić zdania i nie uciec ode mnie, gdzie pieprz rośnie, w końcu jednak wziął głęboki oddech i bez słowa ruszył przed siebie. Mimowolnie się uśmiechając ruszyłam za nim.
***
Kończyłam akurat opowieść o stryjku Bazylim, gdy okropny wierzbowy las zaczął wreszcie się kończyć i do naszych uszu dobiegły upragnione dźwięki życia. Prosta, szeroka ścieżka, którą wcześniej szliśmy, rozwidlała się przed nami na dwie mniejsze. Lewa ścieżka porośnięta była rozmaitymi grzybami, które wybijały się odcieniami czerwieni, żółci i brązu na tle soczyście zielonego mchu. Z kolei na ścieżce po prawej stronie rosło mnóstwo gatunków bajecznie kolorowych kwiatów, wokół których beztrosko latały równie cudowne motyle. Wyglądało to jak rozgałęzienie do dwóch, zupełnie różnych światów. Przystanęliśmy i ogier zaczął chodzić w tę i z powrotem zastanawiając się nad czymś intensywnie. Po minucie zaczęło to być nużące, więc pozwoliłam sobie przerwać jego potok myśli.
- Lorgan, Lorgan, Lorgan! - krzyknęłam trzy razy, aby upewnić się, ze ogier mnie słucha - Chodźmy w tę stronę z motylkami, proooszę. - dodałam z najbardziej uroczym uśmiechem na jaki było mnie stać. Szkoda, że działał na wszystkich, oprócz Lorgana. Ogier spojrzał na mnie poważnym wzrokiem i powiedział:
- Nie, Marino. Nie możemy iść w tamtą stronę, gdzie latają sobie śliczne motylki, tylko dlatego, że jest ona...
- Śliczniutka? - podsunęłam. Ogier zrobił minę, jakby zjadł coś kwaśnego.
- No, mniej więcej to miałem na myśli. W każdym razie musimy się zastanowić. Ten śliczniutki, jak to ujęłaś wygląd może być pułapką.
Spojrzałam na ogiera ze zdziwieniem.
- Lorganie, czy ty wszędzie widzisz tylko pułapki, zasadzki i niebezpieczeństwa? - zapytałam.
- Jak już miałaś okazję się przekonać, mam wielu wrogów. - odparł chłodno ogier. Chciałam już powiedzieć, że już widzę, jak ten cały czarny dziwak z lampkami w oczach sadzi sobie w lesie kwiatuszki, bo przecież kwiatuszki to jest to, co Lorgan lubi najbardziej. Zamiast tego ugryzłam się w język i pozwoliłam Lorganowi na dalsze rozmyślania. Nie mogąc usiedzieć w miejscu, postanowiłam pozwiedzać okolice. Wolnym krokiem udałam się w stronę rosnących w pobliżu dębów. Wędrowałam niespiesznie nucąc pod nosem melodię, gdy nagle raptownie zatrzymałam się. Moją uwagę przykuł nagły trzask w pobliskich krzakach. Stałam skamieniała wyczekując na kolejny odgłos. Po chwili do moich uszu dobiegł czyiś pisk przerażenia. Nie myśląc długo podbiegłam pędem do źródła dźwięku i moim oczom ukazał się przeraźliwy, budzący koszmarną zgrozę widok. Przyczajona do skoku wadera z obnażonymi kłami wpatrywała się w malutkiego, przerażonego koliberka. Poczułam, jak gwałtownie wzbiera we mnie złość i panika. W ostatniej chwili wskoczyłam prosto między dwa stworzenia. Zaskoczona wadera spojrzała na mnie drapieżnym, wściekłym spojrzeniem. Ponownie schyliła się i z jej gardła wydarło się groźne warczenie. Oburzona zmrużyłam oczy, wyprostowałam się i zaczęłam ostrzegawczo rozgarniać nogą ziemię. Choć wadera miała potężne szczęki, nie miała zbyt wielkich szans w starciu z koniem. Nawet tak niskim i niegroźnym koniem jak ja. Chyba w porę zdała sobie z tego sprawę, bo nagle zamilkła i cofnęła się o kilka kroków. W tym momencie koliberek, który krył się wcześniej za mną, radośnie podleciał do mnie i zrobił kilka okrążeń wokół mojego łba poćwierkując przy tym radośnie. Zaśmiałam się i przyjaźnie trąciłam ptaszka pyskiem.
- Po co w ogóle go ratujesz? - zapytała wadera odrywając moją uwagę od koliberka - On i tak prędzej czy później zginie. - dodała z nieskrywaną furią.
- Nie przy mnie. - odparłam spoglądając na waderę z niechęcią. Tamta prychnęła pogardliwie.
- Radziłabym ci odejść z tych terenów. Bywa tu niebezpiecznie. - powiedziała z dziwnym błyskiem w oku.
- A co ty nagle zrobiłaś się taka troskliwa? - zapytałam podejrzliwie.
- Po prostu nie chcę, aby ktoś się wałęsał po moich terenach, jasne? - odparła wbijając we mnie prowokujące spojrzenie. Nagle wpadł mi do głowy świetny pomysł.
- Więc tutaj mieszkasz? Doskonale, pójdziesz z nami. - powiedziałam z pewnym siebie uśmiechem. Wadera spojrzała na mnie zadziwiona i po chwili odparła z pogardliwym śmiechem:
- Z TOBĄ? Chyba śnisz.
- Szkoda. - odparłam przybierając obojętny ton. - Miałam nadzieję, że ktoś pomoże mi i mojemu zabójczo przystojnemu kompanowi podróży znaleźć drogę... - urwałam na chwilę robiąc rozmarzoną minę - Och, on jest taki silny i odważny. I te jego poczucie humoru. A jego oczy - cudowne! Maja takie przeszywające spojrzenie. Hmm, a do tego - westchnęłam - ciągle odnajdują go przygody. Niebezpieczne, ekscytujące przygody.... - zakończyłam z rozmarzonym wzrokiem, po czym niespiesznie odwróciłam się od wadery. - No, ale pora na mnie. Moje ciacho na mnie czeka. - powiedziałam, po czym powoli ruszyłam w kierunku, z którego wcześniej przyszłam. Koliberek podążył za mną, ćwierkając wesoło. Niespiesznie policzyłam do pięciu. Jeden... dwa... trzy... cztery...
- Czekaj! - usłyszałam. Uśmiechnęłam się z rozbawieniem, po czym z "zaskoczeniem" odwróciłam się w kierunku wadery.
- Powiedziałaś... przygody? - zapytała lustrując mnie badawczym spojrzeniem.
- Chyba jednak mamy ze sobą coś wspólnego. - odparłam po chwili. Na szczęście tylko jedno - dodałam w myślach.
Wadera przekrzywiła łeb z niesmakiem, jakby i jej nie spodobało się to spostrzeżenie.
- Za mną. - zakomenderowałam. Poszliśmy więc w trójkę: ja, wadera i koliberek. Idąc przez las uśmiechnęłam się po nosem. Coś czułam, że Lorgan się ucieszy.
<Lorgan?>
Przez chwilę patrzyłam na Lorgana w osłupieniu. Stojąc na spękanej ziemi, która przed chwilą była bagnem, zastanawiałam się, co się właśnie wydarzyło, podczas gdy słowa Lorgana kołatały się w mojej głowie pozbawione znaczenia. Kiedy w końcu wszystkie myśli uporządkowały się, a sens słów ogiera wreszcie do mnie dotarł, spojrzałam na niego wytrzeszczonymi ze zdumienia oczami. Nagle, bez ostrzeżenia, parsknęłam śmiechem. Ogier patrzył na mnie z dziwnym wyrazem pyska.
- Powrotną drogę do stada? Chyba żartujesz. - powiedziałam, gdy udało mi się złapać oddech. Lorgan wcale nie wyglądał jednak, jakby miał ochotę na żarty. - Słuchaj, nie mam zamiaru zostawiać cie samego. Wiem, że nie jestem twoją wymarzoną partnerką podróży, nie jestem super silna, nie budzę postrachu i... no dobra, zdarza mi się za dużo mówić. Ale na pewno we dwóch możemy więcej niż w pojedynkę. A tak poza tym impreza dopiero się rozkręca! Nie licz na to, że pozwolę ci samemu skopać tyłek panu "O-bi-bog-su-per-nin-ja".
- Bilog Hininga to nazwa zaklęcia. - wtrącił ogier.
- Tak, czy siak - powiedziałam ignorując tę drobną uwagę - ruszajmy w drogę.
Ogier przez chwilę stał, jakby zastanawiał się, czy nie zmienić zdania i nie uciec ode mnie, gdzie pieprz rośnie, w końcu jednak wziął głęboki oddech i bez słowa ruszył przed siebie. Mimowolnie się uśmiechając ruszyłam za nim.
***
Kończyłam akurat opowieść o stryjku Bazylim, gdy okropny wierzbowy las zaczął wreszcie się kończyć i do naszych uszu dobiegły upragnione dźwięki życia. Prosta, szeroka ścieżka, którą wcześniej szliśmy, rozwidlała się przed nami na dwie mniejsze. Lewa ścieżka porośnięta była rozmaitymi grzybami, które wybijały się odcieniami czerwieni, żółci i brązu na tle soczyście zielonego mchu. Z kolei na ścieżce po prawej stronie rosło mnóstwo gatunków bajecznie kolorowych kwiatów, wokół których beztrosko latały równie cudowne motyle. Wyglądało to jak rozgałęzienie do dwóch, zupełnie różnych światów. Przystanęliśmy i ogier zaczął chodzić w tę i z powrotem zastanawiając się nad czymś intensywnie. Po minucie zaczęło to być nużące, więc pozwoliłam sobie przerwać jego potok myśli.
- Lorgan, Lorgan, Lorgan! - krzyknęłam trzy razy, aby upewnić się, ze ogier mnie słucha - Chodźmy w tę stronę z motylkami, proooszę. - dodałam z najbardziej uroczym uśmiechem na jaki było mnie stać. Szkoda, że działał na wszystkich, oprócz Lorgana. Ogier spojrzał na mnie poważnym wzrokiem i powiedział:
- Nie, Marino. Nie możemy iść w tamtą stronę, gdzie latają sobie śliczne motylki, tylko dlatego, że jest ona...
- Śliczniutka? - podsunęłam. Ogier zrobił minę, jakby zjadł coś kwaśnego.
- No, mniej więcej to miałem na myśli. W każdym razie musimy się zastanowić. Ten śliczniutki, jak to ujęłaś wygląd może być pułapką.
Spojrzałam na ogiera ze zdziwieniem.
- Lorganie, czy ty wszędzie widzisz tylko pułapki, zasadzki i niebezpieczeństwa? - zapytałam.
- Jak już miałaś okazję się przekonać, mam wielu wrogów. - odparł chłodno ogier. Chciałam już powiedzieć, że już widzę, jak ten cały czarny dziwak z lampkami w oczach sadzi sobie w lesie kwiatuszki, bo przecież kwiatuszki to jest to, co Lorgan lubi najbardziej. Zamiast tego ugryzłam się w język i pozwoliłam Lorganowi na dalsze rozmyślania. Nie mogąc usiedzieć w miejscu, postanowiłam pozwiedzać okolice. Wolnym krokiem udałam się w stronę rosnących w pobliżu dębów. Wędrowałam niespiesznie nucąc pod nosem melodię, gdy nagle raptownie zatrzymałam się. Moją uwagę przykuł nagły trzask w pobliskich krzakach. Stałam skamieniała wyczekując na kolejny odgłos. Po chwili do moich uszu dobiegł czyiś pisk przerażenia. Nie myśląc długo podbiegłam pędem do źródła dźwięku i moim oczom ukazał się przeraźliwy, budzący koszmarną zgrozę widok. Przyczajona do skoku wadera z obnażonymi kłami wpatrywała się w malutkiego, przerażonego koliberka. Poczułam, jak gwałtownie wzbiera we mnie złość i panika. W ostatniej chwili wskoczyłam prosto między dwa stworzenia. Zaskoczona wadera spojrzała na mnie drapieżnym, wściekłym spojrzeniem. Ponownie schyliła się i z jej gardła wydarło się groźne warczenie. Oburzona zmrużyłam oczy, wyprostowałam się i zaczęłam ostrzegawczo rozgarniać nogą ziemię. Choć wadera miała potężne szczęki, nie miała zbyt wielkich szans w starciu z koniem. Nawet tak niskim i niegroźnym koniem jak ja. Chyba w porę zdała sobie z tego sprawę, bo nagle zamilkła i cofnęła się o kilka kroków. W tym momencie koliberek, który krył się wcześniej za mną, radośnie podleciał do mnie i zrobił kilka okrążeń wokół mojego łba poćwierkując przy tym radośnie. Zaśmiałam się i przyjaźnie trąciłam ptaszka pyskiem.
- Po co w ogóle go ratujesz? - zapytała wadera odrywając moją uwagę od koliberka - On i tak prędzej czy później zginie. - dodała z nieskrywaną furią.
- Nie przy mnie. - odparłam spoglądając na waderę z niechęcią. Tamta prychnęła pogardliwie.
- Radziłabym ci odejść z tych terenów. Bywa tu niebezpiecznie. - powiedziała z dziwnym błyskiem w oku.
- A co ty nagle zrobiłaś się taka troskliwa? - zapytałam podejrzliwie.
- Po prostu nie chcę, aby ktoś się wałęsał po moich terenach, jasne? - odparła wbijając we mnie prowokujące spojrzenie. Nagle wpadł mi do głowy świetny pomysł.
- Więc tutaj mieszkasz? Doskonale, pójdziesz z nami. - powiedziałam z pewnym siebie uśmiechem. Wadera spojrzała na mnie zadziwiona i po chwili odparła z pogardliwym śmiechem:
- Z TOBĄ? Chyba śnisz.
- Szkoda. - odparłam przybierając obojętny ton. - Miałam nadzieję, że ktoś pomoże mi i mojemu zabójczo przystojnemu kompanowi podróży znaleźć drogę... - urwałam na chwilę robiąc rozmarzoną minę - Och, on jest taki silny i odważny. I te jego poczucie humoru. A jego oczy - cudowne! Maja takie przeszywające spojrzenie. Hmm, a do tego - westchnęłam - ciągle odnajdują go przygody. Niebezpieczne, ekscytujące przygody.... - zakończyłam z rozmarzonym wzrokiem, po czym niespiesznie odwróciłam się od wadery. - No, ale pora na mnie. Moje ciacho na mnie czeka. - powiedziałam, po czym powoli ruszyłam w kierunku, z którego wcześniej przyszłam. Koliberek podążył za mną, ćwierkając wesoło. Niespiesznie policzyłam do pięciu. Jeden... dwa... trzy... cztery...
- Czekaj! - usłyszałam. Uśmiechnęłam się z rozbawieniem, po czym z "zaskoczeniem" odwróciłam się w kierunku wadery.
- Powiedziałaś... przygody? - zapytała lustrując mnie badawczym spojrzeniem.
- Chyba jednak mamy ze sobą coś wspólnego. - odparłam po chwili. Na szczęście tylko jedno - dodałam w myślach.
Wadera przekrzywiła łeb z niesmakiem, jakby i jej nie spodobało się to spostrzeżenie.
- Za mną. - zakomenderowałam. Poszliśmy więc w trójkę: ja, wadera i koliberek. Idąc przez las uśmiechnęłam się po nosem. Coś czułam, że Lorgan się ucieszy.
<Lorgan?>
wtorek, 16 sierpnia 2016
Od Mariny CD opowiadania Lorgana
- Na co czekamy? Ruszajmy Lordzie Ciemności. - powiedziałam. Ogier
westchnął z rezygnacją i skierowaliśmy się w głąb lasu. Jako że
obiecałam Lorganowi nie paplać za dużo, zaczęłam wesoło pogwizdywać i
skakać rytmicznie. Było przy tym mnóstwo zabawy, bo przy każdym skoku,
wzbijały się w powietrze chmury rudobrązowych liści. Nie rozumiem tylko,
dlaczego ogier prychał przy tym gniewnie. Im dalej szliśmy, tym las
stawał się cichszy. Po jakimś czasie potężne dęby i kasztany
przerzedziły się, zastąpione kłującymi krzakami jeżyn i chwastami.
Zmierzchało, gdy naszym oczom ukazała się wyjątkowo dziwna część lasu.
Wszędzie, gdzie okiem sięgnąć, rosły rozłożyste wierzby o smętnie
zwisających gałęziach i połyskujących w mroku srebrnych listkach. Co
najdziwniejsze, w miejscu tym w ogóle nie było słychać śpiewu ptaków,
czy bzyczenia owadów. Panowała tu martwa cisza. Próbowałam wytężyć
wzrok, aby zobaczyć, co jest dalej, ale uniemożliwiała mi to gęsta mgła.
Przystanęliśmy z Lorganem tuż przed granicą wierzb, rozglądając się
dokładnie.
- Lorgan? Co to za miejsce? Chyba nie jesteśmy już na terenach stada? - zapytałam.
- Nie - odpowiedział - to wierzbowy las. Nazywają go "Lasem Obłąkanych".
- Lasem Obłąkanych? Dlaczego? - zapytałam zaintrygowana.
- Powiadają, że w tym lesie straszy. Ci, którzy do niego weszli, tracą rozum. A niektórzy nigdy z niego nie wrócili. Podobno jeśli wejdzie się do niego nocą, dostaje się bzika. Zaczyna się widzieć dziwne zjawy i iluzje.
Spojrzałam na świecący nad nami księżyc i mimowolnie zadrżałam. Musiało być już późno. Siląc się na obojętność, zapytałam:
- A czy jest jakiś sposób, aby wyjść z tego lasu całym i zdrowym?
Lorgan zamyślił się.
- Nie pamiętam, co się o tym mówiło, ale proponuję zażyć psychotropy - zażartował ogier i parsknął śmiechem - to tylko głupie legendy, nie masz się czego bać. - dodał uspokajająco, po czym wkroczył we mgłę, między rosnące gęsto wierzby. Niechętnie poszłam w jego ślady i po chwili kroczyliśmy ostrożnie po wilgotnej, porośniętej mchem ziemi. Uważnie nasłuchiwałam, ale do moich uszu nie dobiegł żaden szmer. Ta cisza była nienaturalna. Przez moment nie mogłam się zdecydować, czy zacząć rozmowę z Lorganem, ryzykując, że ktoś nas usłyszy, czy dalej wsłuchiwać się w tą dziwną ciszę, coraz bardziej tracąc nerwy. W końcu stwierdziłam, że wolę paplanie. Zaczęłam więc nawijać o moim wujku, który je marchewki z sosem czekoladowym, o cyklu rozwojowym tulipanów i innych bzdurach, byle tylko przerwać tę ciszę. Od razu poczułam się lepiej, więc nawijałam, co mi ślina na język przyniesie, aż zezłoszczony Lorgan zagroził, że nakarmi mnie karmelkami, aby zakleić mi zęby. Bardzo nie lubię karmelków, więc zamilkłam. Z każdą kolejną minutą ciszy czułam się coraz bardziej zdenerwowana. Szliśmy krok w krok, aż naszym oczom ukazał się niewielki strumień płynący obok pagórka. Poprosiłam Lorgana, abyśmy przystanęli na chwilę, napili się i odpoczęli. Lorgan skinął łbem na znak zgody. Powoli podeszłam do strumienia i łapczywie napiłam się orzeźwiającej wody.
- Napij się, a ja w tym czasie pójdę spatrolować teren. - powiedział ogier i zostawił mnie samą. Miałam ochotę zaprotestować, ale nie chciałam wyjść na tchórza. Wróciłam więc do picia wody patrząc za oddalającym się Lorganem. Gdy ogier zniknął wśród drzew, poczułam się dziwnie, jakby ktoś mnie obserwował. Przejęta strachem rozejrzałam się dookoła, ale niczego nie dostrzegłam. Cisza pulsowała w mojej głowie. Zirytowana spuściłam łeb. To był błąd. Ze zgroza stwierdziłam, że cos było nie tak z moim odbiciem w strumieniu. Odbijająca się w wodzie klacz patrzyła na mnie orzechowymi oczami. Nie, nie, chwila, przecież to ja patrzyłam na swoje odbicie! Potrząsnęłam grzywą i poczułam jak moje serce wykonuje salto, gdy klacz nie powtórzyła mojego ruchu. Uśmiechnęła się do mnie, odsłaniając żółte zęby.
- Uuu, ktoś tu potrzebuje dentysty. Powinnaś jeść mniej słodyczy, to strasznie psuje zęby. Mój kuzyn Eustachy ciągle podjada kostki cukru i jego zęby wyglądaja prawie tak paskudnie jak twoje. A moja ciotka Jola... - nagle przerwałam zaskoczona. Moje odbicie znów znów było moim odbiciem. Zaczęłam wsłuchiwać się w ciszę i znów poczułam niepokój, a klacz odbijająca się w strumieniu ponownie zaczęła być przerażająca.
- Ha! - krzyknęłam - te wszystkie konie, które wyszły stąd obłąkane po prostu zapomniały języka w gębie... - Lorgan! - krzyknęłam nagle przypominając sobie, że ogier nie należał do gadatliwych. Cały czas mamrocząc pod nosem , puściłam się biegiem w stronę zamglonego pagórka.
Lorgan?
- Lorgan? Co to za miejsce? Chyba nie jesteśmy już na terenach stada? - zapytałam.
- Nie - odpowiedział - to wierzbowy las. Nazywają go "Lasem Obłąkanych".
- Lasem Obłąkanych? Dlaczego? - zapytałam zaintrygowana.
- Powiadają, że w tym lesie straszy. Ci, którzy do niego weszli, tracą rozum. A niektórzy nigdy z niego nie wrócili. Podobno jeśli wejdzie się do niego nocą, dostaje się bzika. Zaczyna się widzieć dziwne zjawy i iluzje.
Spojrzałam na świecący nad nami księżyc i mimowolnie zadrżałam. Musiało być już późno. Siląc się na obojętność, zapytałam:
- A czy jest jakiś sposób, aby wyjść z tego lasu całym i zdrowym?
Lorgan zamyślił się.
- Nie pamiętam, co się o tym mówiło, ale proponuję zażyć psychotropy - zażartował ogier i parsknął śmiechem - to tylko głupie legendy, nie masz się czego bać. - dodał uspokajająco, po czym wkroczył we mgłę, między rosnące gęsto wierzby. Niechętnie poszłam w jego ślady i po chwili kroczyliśmy ostrożnie po wilgotnej, porośniętej mchem ziemi. Uważnie nasłuchiwałam, ale do moich uszu nie dobiegł żaden szmer. Ta cisza była nienaturalna. Przez moment nie mogłam się zdecydować, czy zacząć rozmowę z Lorganem, ryzykując, że ktoś nas usłyszy, czy dalej wsłuchiwać się w tą dziwną ciszę, coraz bardziej tracąc nerwy. W końcu stwierdziłam, że wolę paplanie. Zaczęłam więc nawijać o moim wujku, który je marchewki z sosem czekoladowym, o cyklu rozwojowym tulipanów i innych bzdurach, byle tylko przerwać tę ciszę. Od razu poczułam się lepiej, więc nawijałam, co mi ślina na język przyniesie, aż zezłoszczony Lorgan zagroził, że nakarmi mnie karmelkami, aby zakleić mi zęby. Bardzo nie lubię karmelków, więc zamilkłam. Z każdą kolejną minutą ciszy czułam się coraz bardziej zdenerwowana. Szliśmy krok w krok, aż naszym oczom ukazał się niewielki strumień płynący obok pagórka. Poprosiłam Lorgana, abyśmy przystanęli na chwilę, napili się i odpoczęli. Lorgan skinął łbem na znak zgody. Powoli podeszłam do strumienia i łapczywie napiłam się orzeźwiającej wody.
- Napij się, a ja w tym czasie pójdę spatrolować teren. - powiedział ogier i zostawił mnie samą. Miałam ochotę zaprotestować, ale nie chciałam wyjść na tchórza. Wróciłam więc do picia wody patrząc za oddalającym się Lorganem. Gdy ogier zniknął wśród drzew, poczułam się dziwnie, jakby ktoś mnie obserwował. Przejęta strachem rozejrzałam się dookoła, ale niczego nie dostrzegłam. Cisza pulsowała w mojej głowie. Zirytowana spuściłam łeb. To był błąd. Ze zgroza stwierdziłam, że cos było nie tak z moim odbiciem w strumieniu. Odbijająca się w wodzie klacz patrzyła na mnie orzechowymi oczami. Nie, nie, chwila, przecież to ja patrzyłam na swoje odbicie! Potrząsnęłam grzywą i poczułam jak moje serce wykonuje salto, gdy klacz nie powtórzyła mojego ruchu. Uśmiechnęła się do mnie, odsłaniając żółte zęby.
- Uuu, ktoś tu potrzebuje dentysty. Powinnaś jeść mniej słodyczy, to strasznie psuje zęby. Mój kuzyn Eustachy ciągle podjada kostki cukru i jego zęby wyglądaja prawie tak paskudnie jak twoje. A moja ciotka Jola... - nagle przerwałam zaskoczona. Moje odbicie znów znów było moim odbiciem. Zaczęłam wsłuchiwać się w ciszę i znów poczułam niepokój, a klacz odbijająca się w strumieniu ponownie zaczęła być przerażająca.
- Ha! - krzyknęłam - te wszystkie konie, które wyszły stąd obłąkane po prostu zapomniały języka w gębie... - Lorgan! - krzyknęłam nagle przypominając sobie, że ogier nie należał do gadatliwych. Cały czas mamrocząc pod nosem , puściłam się biegiem w stronę zamglonego pagórka.
Lorgan?
poniedziałek, 1 sierpnia 2016
Od Mariny CD opowiadania Liama
- To jak? Zostajesz? Czy oprowadzić cię po terenach? - zapytał Liam uśmiechając się. Rozejrzałam się dookoła. Niedaleko nas na łące pasły się jakieś konie. Żuły spokojnie trawę wygrzewając się przy tym w południowym słońcu. Jednak to nie one przykuły moją uwagę. Nieco dalej, ukryty w cieniu lasu stał niezwykle postawny, umięśniony i dumny ogier. Jeszcze nigdy nie widziałam tak wysokiego konia. Miał czarną sierść ze znamionami, które kształtem przypominały błyskawice, długie, silne nogi oraz przede wszystkim niesamowite błękitne oczy ukryte pod gęstą grzywą o kolorze ciemnym jak węgiel. Z trudem oderwałam wzrok od ogiera i przypomniałam sobie, że Liam czeka na odpowiedź.
- Dziękuję, ale chyba tu zostanę. Chciałabym poznać więcej członków stada. - powiedziałam, po czym pożegnałam się z Liamem i z bijącym sercem ruszyłam w kierunku czarnego ogiera.
- Cześć, jestem Marina. - przedstawiłam się, uśmiechając się wesoło.
- Lorgan. - odpowiedział uprzejmie, choć z pewnym dystansem.
- Miło mi cię poznać. Wiesz, jestem tu nowa i nie znam jeszcze okolic, może chciałbyś się ze mną wybrać na spacer po lesie? Oczywiście jeżeli masz na to ochotę, nie chcę się narzucać, ale byłoby ekstra, gdybyśmy się przeszli, bo bardzo mi na tym zależy i... - przerwałam, aby złapać oddech. Wiedziałam, że plotę bez sensu, ale nie mogłam nic na to poradzić. To nie moja wina, że tak na mnie działał. Na szczęście Lorgan tylko bardzo, bardzo delikatnie uśmiechnął się z rozbawienia i po chwili zastanowienia kiwnął łbem. Uradowana podskoczyłam wesoło i razem z Lorganem weszliśmy do lasu. Gdy tylko weszliśmy między drzewa otoczyło nas przyjemne świeże powietrze. Westchnęłam głęboko rozkoszując się tą odmianą od ciągłej duchoty i skwaru. Las działał na mnie wyjątkowo odprężająco. Nic nie uspokaja tak bardzo jak cichy szum zielonych, połyskujących w słońcu liści i świergot ptaków. Zerknęłam na Lorgana zastanawiając się czy czuje to samo, jednak jego wyraz "twarzy" pozostawał nieodgadniony. Przez jakiś czas szliśmy w milczeniu, w końcu jednak postanowiłam go zagadać.
- Hmm, może opowiedziałbyś mi coś o sobie? Jak tu trafiłeś i tak dalej... - zapytałam. Przez ułamek sekundy odniosłam wrażenie, że przez jego oczy przemknął cień, trwało to jednak tak krótko, że zapewne tylko mi się przewidziało.
- To dłuższa historia. - odrzekł po chwili.
- W takim razie opowiedz mi o swojej przyszłości. - zaproponowałam uśmiechając się zachęcająco. Ogier westchnął i zamyślił się. W końcu odpowiedział:
- Muszę wyruszyć daleko na północ. Powiedzmy, że mam pewne niewyrównane rachunki...
- Super! - krzyknęłam po chwili . - jestem świetna w rachunkach. Bezbłędnie mnożę do stu, a czasami nawet dzielę. - zażartowałam. Ogier zaśmiał się, dzięki czemu od razu zniknęło między nami napięcie. Bardzo chciałam poznać go bliżej, spędzić z nim więcej czasu. Ośmielona rzekłam więc:
- Słuchaj, tak na poważnie... co ty na to, żebym wyruszyła z tobą? - zapytałam - na pewno nie będę ci przeszkadzać, uwielbiam przygody, tak poza tym chętnie pomogę ci, jeśli wpadniesz w tarapaty. - dodałam. Po chwili wydającej się wiecznością, Lorgan odpowiedział:
<Lorgan? Zgódź się c:>
- Dziękuję, ale chyba tu zostanę. Chciałabym poznać więcej członków stada. - powiedziałam, po czym pożegnałam się z Liamem i z bijącym sercem ruszyłam w kierunku czarnego ogiera.
- Cześć, jestem Marina. - przedstawiłam się, uśmiechając się wesoło.
- Lorgan. - odpowiedział uprzejmie, choć z pewnym dystansem.
- Miło mi cię poznać. Wiesz, jestem tu nowa i nie znam jeszcze okolic, może chciałbyś się ze mną wybrać na spacer po lesie? Oczywiście jeżeli masz na to ochotę, nie chcę się narzucać, ale byłoby ekstra, gdybyśmy się przeszli, bo bardzo mi na tym zależy i... - przerwałam, aby złapać oddech. Wiedziałam, że plotę bez sensu, ale nie mogłam nic na to poradzić. To nie moja wina, że tak na mnie działał. Na szczęście Lorgan tylko bardzo, bardzo delikatnie uśmiechnął się z rozbawienia i po chwili zastanowienia kiwnął łbem. Uradowana podskoczyłam wesoło i razem z Lorganem weszliśmy do lasu. Gdy tylko weszliśmy między drzewa otoczyło nas przyjemne świeże powietrze. Westchnęłam głęboko rozkoszując się tą odmianą od ciągłej duchoty i skwaru. Las działał na mnie wyjątkowo odprężająco. Nic nie uspokaja tak bardzo jak cichy szum zielonych, połyskujących w słońcu liści i świergot ptaków. Zerknęłam na Lorgana zastanawiając się czy czuje to samo, jednak jego wyraz "twarzy" pozostawał nieodgadniony. Przez jakiś czas szliśmy w milczeniu, w końcu jednak postanowiłam go zagadać.
- Hmm, może opowiedziałbyś mi coś o sobie? Jak tu trafiłeś i tak dalej... - zapytałam. Przez ułamek sekundy odniosłam wrażenie, że przez jego oczy przemknął cień, trwało to jednak tak krótko, że zapewne tylko mi się przewidziało.
- To dłuższa historia. - odrzekł po chwili.
- W takim razie opowiedz mi o swojej przyszłości. - zaproponowałam uśmiechając się zachęcająco. Ogier westchnął i zamyślił się. W końcu odpowiedział:
- Muszę wyruszyć daleko na północ. Powiedzmy, że mam pewne niewyrównane rachunki...
- Super! - krzyknęłam po chwili . - jestem świetna w rachunkach. Bezbłędnie mnożę do stu, a czasami nawet dzielę. - zażartowałam. Ogier zaśmiał się, dzięki czemu od razu zniknęło między nami napięcie. Bardzo chciałam poznać go bliżej, spędzić z nim więcej czasu. Ośmielona rzekłam więc:
- Słuchaj, tak na poważnie... co ty na to, żebym wyruszyła z tobą? - zapytałam - na pewno nie będę ci przeszkadzać, uwielbiam przygody, tak poza tym chętnie pomogę ci, jeśli wpadniesz w tarapaty. - dodałam. Po chwili wydającej się wiecznością, Lorgan odpowiedział:
<Lorgan? Zgódź się c:>
sobota, 30 lipca 2016
Od Mariny CD opowiadania Liama
Był ciepły, rześki poranek. Słońce dopiero nieśmiało wschodziło wyłaniając się zza chmur i rozświetlając niebo złotym blaskiem. Stałam na rozległej łące pasąc się niespiesznie świeżą trawą. Zastanawiałam się w jakim miejscu się znajdowałam. Tereny wokół mnie wydawały się być niezwykle malownicze, kusiły mnie, by wyruszyć i je zwiedzić. Piękna pogoda zapowiadała równie piękny dzień. Zatopiona w myślach, nawet nie zauważyłam jak ktoś do mnie podszedł, dopiero niski głos uprzytomnił mi, że nie jestem sama.
- Cześć. - powiedział nieznajomy. Powoli uniosłam głowę i napotkałam spojrzenie intensywnych, bursztynowych oczu. Przede mną stał ogier, a właściwie pegaz. Przyjrzałam mu się dokładnie. Miał umięśnioną, masywną sylwetkę, bułaną sierść oraz brązową grzywę i ogon.
- Cześć. - odpowiedziałam i uśmiechnęłam się przyjaźnie.
- Jestem Liam. - przedstawił się.
- Marina. - odpowiedziałam
- Zdaje się, że nie należysz do stada. - zauważył.
- Stada?- spytałam szczerze zdziwiona. Nie miałam pojęcia, że jest tu jakieś stado.
- Stada Kings of the Hill - wyjaśnił - może chciałabyś do nas dołączyć?
Nie musiałam długo myśleć. To było właśnie to, czego potrzebowałam. Przygody. Gdzie indziej szukać przygód, jeśli nie w stadzie Kings of the Hill?
- Oczywiście! - wykrzyknęłam wesoło. Czułam, że to początek czegoś wyjątkowego.
<Liam?>
- Cześć. - powiedział nieznajomy. Powoli uniosłam głowę i napotkałam spojrzenie intensywnych, bursztynowych oczu. Przede mną stał ogier, a właściwie pegaz. Przyjrzałam mu się dokładnie. Miał umięśnioną, masywną sylwetkę, bułaną sierść oraz brązową grzywę i ogon.
- Cześć. - odpowiedziałam i uśmiechnęłam się przyjaźnie.
- Jestem Liam. - przedstawił się.
- Marina. - odpowiedziałam
- Zdaje się, że nie należysz do stada. - zauważył.
- Stada?- spytałam szczerze zdziwiona. Nie miałam pojęcia, że jest tu jakieś stado.
- Stada Kings of the Hill - wyjaśnił - może chciałabyś do nas dołączyć?
Nie musiałam długo myśleć. To było właśnie to, czego potrzebowałam. Przygody. Gdzie indziej szukać przygód, jeśli nie w stadzie Kings of the Hill?
- Oczywiście! - wykrzyknęłam wesoło. Czułam, że to początek czegoś wyjątkowego.
<Liam?>
piątek, 29 lipca 2016
Marina - Medyk
"Nasze życie ma cztery wielkie cele: żyć, kochać, uczyć się i pozostawiać po sobie coś cennego"
IMIĘ: Marina
IMIĘ: Marina
PŁEĆ:♀
WIEK: 3 lata
RASA: Pegaz
RANGA: 3
HIERARCHIA: Medyk
GŁOS: Indila
MOCE:
♥ Żywiołem Mariny jest ziemia. Włada nim perfekcyjnie, można powiedzieć, że posiada nad nim pełną kontrolę. Dzięki swej mocy potrafi nie tylko bronić się przed atakami, ale także zadbać o naturę.
♥ Posiada zdolność odczytywania aury roślin, dzięki czemu zna stan ich zdrowia oraz potrafi dowiedzieć się o nadchodzącym zagrożeniu.
♥ Kiedyś dostała dar od szamana, dzięki któremu jest w stanie leczyć rany. Kosztuje to ją jednak dużo wysiłku.
UMIEJĘTNOŚCI:
• Siła: ★★
• Wytrzymałość: ★★
• Zwinność: ★★★★
• Szybkość: ★★★★
• Czujność: ★★
EKSTERIER:
• Budowa: Niska, o szczupłej sylwetce.
• Maść: Tarantowata (jasnobrązowe kropki)
• Głowa: Dość duży, ale za to zgrabny łeb, ciemno-orzechowe oczy z długimi, białymi rzęsami.
• Grzywa: Długa, falowana, biała wpadająca w odcień różu.
• Ogon: Długi, w tym samym kolorze co grzywa.
• Nogi: Smukłe i niedługie.
TEMPERAMENT: Marina to ciepła, miła i dobroduszna klacz o pozytywnym usposobieniu. Jest bardzo pomocna i opiekuńcza, nigdy nie zostawi przyjaciela w potrzebie. Jest wrażliwa na czyjąś krzywdę. Cechuje ją nieokiełznana żądza przygód, spontaniczność i uczuciowość. Jej postawą na co dzień jest szlachetność i rycerskość. Z tego powodu nie toleruje ona egoizmu, chamskości, czy sarkazmu.Tej klaczy nigdy nie brakuje dobrego humoru. Optymizm i pogoda ducha jej nie opuszczają. Zazwyczaj nie da się na nią długo gniewać, gdyż kiedy chce potrafi być bardzo urocza. Posiada ona bowiem bardzo romantyczną i zalotną duszę, która idzie w parze z jej łatwowiernością i naiwnością. Jej wadą jest lekkomyślność i pochopność, często działa zanim pomyśli.
RODZINA: Rodzinę posiada, ale daleko od stada.
TOWARZYSZ: Miodka
PARTNER: Czeka na tego jedynego.
HISTORIA: Jej historia nie jest ani drastyczna, ani różowa. Pochodziła ze szczęśliwej, wielopokoleniowej rodziny, gdzie wychowała się w atmosferze miłości i troski. Jednak jej potrzeba przygód kazała jej wyruszyć w świat i tak oto po długich wędrówkach trafiła tutaj.
KONTAKT: Lawendowy sen
Subskrybuj:
Posty (Atom)
