poniedziałek, 14 listopada 2016

Od Lianor C.D. Mariki

Biegłam jak huragan, ale demon okazał się szybszy. Byłam strasznie przestraszona ale nie poddawałam się więc biegłam. Zaczęłam wołać o pomoc ale na marne. Demon był bardzo blisko mnie ale starałam się uciec. Gdy straciłam zupełnie siłę zaczęłam walczyć z demonem. Nagle podbiegła Marika. Demon w końcu stracił siłę i uciekł.
- Co to było?- zapytałam się klaczy
- To był demon wilk- odpowiedziała klacz
Postanowiliśmy iść do stada. Gdy doszliśmy pożegnałam się z Mariką. Położyłam się na trawie spoglądając na jasne słońce.



Marika?

Od Chica

Wędrowałem górskimi ścieżkami wraz z Diegiem. Kompletny przypływ nudy, podczas wojny. I co tu zrobić? Tereny wypostoszały, Cole, Marika i Vena zajęci... A Dowódcy jednego Zwiadowcy nie potrzebują. Westchnąłem.
~Mogłem zostać Dowódcą Wojowników.
~I byś ich pozabijał? Nie znasz sie na tym Chi. Tylko na byciu Zwiadowcą.
Jeleń spojrzał na mnie z troską w oczach. Posłałem mu zmęczone i wdzięczne spojrzenie. Niestety nawet jego słowa nie mogą pocieszyć strapionej duszy. Nagle ujrzałem jakąś cętkowaną klacz.
-Hej. Czemu chodzisz tu sama, chica? Przecież jest wojna, słoneczko - wyszczerzyłem się.
Zawsze warto zrobić sobie jakąś beznadziejną rozrywkę. Popatrzyła na mnie z lekkim politowaniem.
-A tak sobie chodzę - odparła wymijająco.
-Nie wierzę ci rubio chica - zastąpiłem jej drogę.
Klacz przewróciła oczami. Zapadło milczenie. Antonio skrył sie wśród skał, bo nie lubił towarzystwa innych koni. Zresztą... On wolał samotność. Spojrzałem na klify za którymi ciągnęło sie morze. I to przypomniało mi o Annabel Lee.
- "Byliśmy dziećmi, ja i ona, W królestwie nad mórz pianą, A miłowaliśmy sie miłością, Ja z mą Annabel Lee, O jakiej chyba uskrzydlony, Rój Serafinów śni." Wiersz ten wymyślili ludzie. Nie znali ani Anny ani.... Jej ukochanego. A jednak wspaniale oddali ich miłość - łza spłynęła mi po pysku.
Zdziwiona klacz, spojrzała na mnie.
~Nazywa sie Lianor.
Posłałem wdzięczne spojrzenie do Diega.

Lianor?

niedziela, 13 listopada 2016

Od Mariki CD Lianor



Wojna trwała i trwała a ja opłakiwałam jego stratę. Stratę kochanego brata. Leżałam na trawie w promieniach rannego słońca pozwalając aby promienie łaskotały mnie po bandażach na głowie. Z dala od armii Death’a.  Nagle poczułam, że coś stoi mi na ogonie. Wstałam szybko i obróciłam się. Przede mną stała jakaś klacz. Zdziwiła się na widok zabandażowanego ciała.
- Nowa, dobrze mówię? – spytałam niechętnie.
- Tak. Od niedawna. – uśmiechnęła się dziwnie. -  Szukam kogoś kto mógłby mnie oprowadzić po tutejszych terenach.
- Dobrze, oprowadzę cię. – westchnęłam. – Lecz jeśli coś cię chapnie, połknie twoją duszyczkę lub inne… Em… Lub połknie w całości ja za to odpowiedzialności nie biorę.
Klacz wytrzeszczyła gały.
- CO?!
- Nie wiem czy wiesz ale obecnie prowadzimy wojnę z milutkimi demonami, chcącymi nad nami zawładnąć i zabrać nasze dusze ze wszystkim co mamy. Wojna może odebrać nawet… - przerwałam ze smutkiem. – Nie ważne. Chodźmy.
Śmiertelnie przestraszona ruszyła za mną. Obeszłyśmy większość terenów. Celowo ominęłam Martwe Ziemie (aby jej nie straszyć), Free Mount, Las Dusz, Magic Forest oraz Morze. Nie czułam się jeszcze w zupełności zdrowa.
- Jak masz na imię? – zapytałam.
 - Na imię mam Lianor, a ty?
- Nazywaj mnie po prostu Zoe. – odpowiedziałam.
Nagle coś się poruszyło w krzach. Lianor krzyknęła. Był to wilko- demon. Nie wiedzieć czemu nie zdziwiłam się nawet.
- Zmywamy się. – odpowiedziałam ze spokojem.
Klacz pędziła jak huragan lecz ja zostałam daleko z tyłu. Wilk był już bardzo blisko. Zakręciłam w prawo. Demon nie wyhamował i zrezygnowany rzucił się za Lianor…
Lianor? BW://

Od Lianor do Mariki

Rozglądałam się bardzo uważnie po stadzie
- Witaj jesteś tu nowa?- zapytała biała klacz
-Tak jestem- odpowiedziałam-
Może pokazać ci tereny?- zapytała stanowczo
-No bardzo chętnie- odpowiedziałam
Klacz ruszyła a ja za nią. Dotarliśmy nad jakąś łąkę było dużo kwiatów. Potem nad rzekę fale lekko szumiały. Potem zwiedziliśmy resztę terenów.
Jeśli mogę spytać to, jak marz na imię?- zapytała mnie klacz
-Na imię mi Lianor- odpowiedziałam.
- A jak ty się nazywarz?- zapytałam się klaczy.
Marika?

Charriot - szaman

"Nie można zmarnować tego, który jest na tyle szalony by mówić prawdę."
IMIĘ: Charriot [czyt. czariot], pozwala nazywać się Cherry.
PŁEĆ: Ogier - ♂
WIEK: 5 lat
RASA: Koń
RANGA: 3
HIERARCHIA: Szaman
GŁOS: Shawn Mendes
MOCE: Charriot ma szczególną więź z duszami, którą w pewien sposób zawdzięcza swojej matce, której duchy były swego rodzaju 'żywiołem'. Mimo, iz matka właściwie nigdy nie chciała takiej drogi dla swego syna, jego nietypowe zdolności przydały się szczególnie w roli ucznia, a teraz także pełnoprawdego zamana.
- Cherry może służyć jako łącznik między zmarłymi duszami. jest w stanie nie tylko porozumeiwać się z nimi, ale również tymczasowo przywoływać je na nasz świat. Mimo, iż nie ma prawa wskrzeszać poległych, a dusze przez niego przywołane wciąż są w formie duchowej, można je zobaczyć, a nawet się z nimi komunikować. Ich wizyty nie moge jednak trwać zbyt długo, mogą stracić możliwość powrotu i utknąć w naszym świecie na stałe... Sam Charriot przywołuje dusze, jednak postanowił sobie robić to tylko raz w przypadku każdej; Nie ma wyjątków od tej zasady, a nawet jedno przywołanie jest aktem ostatecznym.
- W toku rozwijania swoich więzi z duchową sferą naszego świata, Charriot zyskał wciąż rozwijające się i doskonalone przez niego umiejętności przemiany formy. Na chwilę obecną jednak nie ma pełnej kontroli nad tą mocą, a niektóre z przemian nie udają się zupełnie po jego myśli. Nie może także zmianiać kolorystyki istot, jeśli więc zielono-niebieskiego ptaka przemini w kota, ten w swojej nowej formie również będzie miał zielono-niebieską sierść.
- Pierwszą przemianą, jakiej ogier dokonał, było nadanie pewnemu atakującemu go wilkowi nowej formy: Wymieszania go z koniem i zrobienie z niego chybrydy tych dwóch zwierząt. W ten sposób odkrył poprzednią moc, a wynikiem ubocznym - czego sensu sam do końca nie odkrył - było rozwinięcie się u niego, czy też również odkrycie, zdolności telepatii. Ogier wykorzystują ją jednak nieczęsto w stosunku do innych koni i zwierząt, rozmawia w ten sposób prawie wyłącznie z towarzyszem(który to jest ów przemienionym wilkiem).
UMIEJĘTNOŚCI:
• Siła: ★★★★
• Wytrzymałość: ★★★★★
• Zwinność: ★★
• Szybkość: ★★
• Czujność: ★★★★
EKSTERIER:
• Budowa: Masywna, koń jest z natury nastawiony na siłę, może mieć natomiast problemy z rozwijaniem dużych prędkości, czy też zwrotnością.
• Maść: Kasztanowata Splash
• Głowa: Kryształowo-błękitne oczy; Głowa lekko zaokrąglona;
• Grzywa: Gęsta i długa, naturalnie 'kręcona'
• Ogon: Podobnie do grzywy - dodają one ogierowi nieco 'klaczego' wyglądu... ale cóż, tak już bywa. Przyzwyczaił się już do tego, że wszyscy mylą go z klaczą. Kiedy już go usłyszą, następuje dość zabawna seria przeprosin.
• Nogi: Umięśnione, wyraźnie widać kryjąca się w nich siłę.
TEMPERAMENT: Charriot jest to raczej spokojny i w pewien sposób wyrafinowany ogier. Nigdy nie był on nazbyt energiczny, czy też agresywny - zawsze natomiast preferował pokojeowe rozwiązywanie wszelkiego rodzajów sporów. Szególną uwagę na jego zachowania zwracała uwagę matka, która to wychowywała go od źrebaka, starając się zaszczepić w nim szacunek do wszelakich stworzeń... i dudało się to jej. Ogier atakuje i zabija wyłącznie w ostateczności, w sytuacji ekstremalnej woląc często odnaleźć jakiekolwiek inne rozwiązanie niż zwykły kontratak, który wbrew najwyraźniej wwszystkim uważa za oznakę słabości. Szczerze brzydzi się bezsensowną gresją, choć nigdy jeszcze a widok krwi nie zamdlał - na nieszczęście dla szamana krew czasem jest niezbędna, co nie podoba mu się i stara się aktów tego typu unikać, jak śmiertelnegomognia, jednak życie przedstawicieli gatunku przedkłada w pewien sposób ponad inne, choć stroni od jakiegokolwiek rodzaju krzywd dla jakiegokolwiek stworzenia.
Charriot jest to ogier dobry, o czystym i szlachetnym sercu, którego poglądy - choc czasem sprzeczne - zawsze mają na celu ochronę istot żywych, a w szczególności koni, wśród których jest w końcu łącznikiem ze zmarłymi oraz bogami. Swoje zajęcie traktuje absolutnie poważnie, lecz można z nim rozmawiać w normalny sposób. Bynajmniej nie wścieka się i nie wybucha, gdy popełni się jakiś głupi błąd.
RODZINA:
• Matka [nie żyje] - Lorinne, Kochająca swojego synka nad życie klacz, która z ogromnym bólem się z nim pożegnała. Ogier faktycznie obiecał jej, iż kiedys wróci do niej i zaopiekuje się nią w razie choroby, jednak nie zdążył tego zrobić. Zmarła w wynku ran odniesionych podczas wali z wilkami. Z jej duchem rozmawiał dzień po tym, jak dowiedział się o jej śmierci. Jej wizyta trwała prawdopodobnie najdłużej ze wszystkich, do jakich doprowadził... o mało nie doprowadził do jej uwięzienia.
• Ojciec [prawdopodobnie żyje] - Cima, Silny ogier, po którym jego syn odziedziczył chyba wyłącznie budowę ciała. Koń nieco zawiedziony wygląem syna, aczkolwiek wciąż go kochający. To on ostatecznie zadecydował o wysłaniu Charriota na nauki do szamanów.
• Brat [żyje] - Darno, starszy o rok od Charriota. Jako jedyny raz na jakiś czas widuje się z nim. Braci łączy silna i prawdopodobnie nierozerwalna więź, są ze sobą naprawdę w bliskich, dobrych stosunkach
TOWARZYSZ: Cimio
PARTNER: „Więcej już nie zdziałam. Pozostało mi tylko czekać na tę jedyną.”
HISTORIA: Urodził się w liczącym dość niewiele koni stadzie, daleko na północy. Charriot dywaźnie pamięta nazwę stada, która wyryła mu sie w głowie... bądź co bądź spędził tam sporo czasu i wcale nie wstydzi sie swego pochodzenia. Drifajou [czyt. drafadżu] było jego domem aż do ukończenia pierwszych ośmiu miesięcy. Był synem pary betha w stadzie, więc zgodnie z trafycja stada to ojciec zadecydował o przyszłości konia - posłał go na nauki do stadnej szamanki, która wpoiła go wszystkie niezbędne nauki.
Tajemnica jego odejścia z domu nie jest tu do końca wyjaśniona... Jedni mówią, że pokłócił się z ojcem, który w końcu rozkazał mu opuścić stado Inni twierdzą, że podążył za swoim bratem, na którym zależało mu bardziej niż na weszcie rodziny. Czasem do Seculorum przybywają niewyjaśnione plotki o błędach, jkaie popełnił, przez które zmuszony był uciec... sam nie zdradza prawdziwych powodów swej podróży. Może po prostu usłyszał o wojnie na tych terenach i postanowił spróbowac pomóc? W każdym razie, dotarł tu dośc prostą drogą, nie zbaczał i nie błądził... po prostu szedł, aż trafił tu i został.
KONTAKT: Aveshu

Lianor - Wojowniczka

"Jeśli zabijesz, to drugim zginiesz."
IMIĘ: Lianor
PŁEĆ: ♀
WIEK: 3 lata 4 miesiące
RASA: Koń
RANGA: Ranga 3
HIERARCHIA: Wojowniczka
GŁOS: Liz Robinett
MOCE:
Woda: Potrafi chodzić po wodzie i przywołać wodę.
Ogień: Potrafi przechodzić przez ogień.
UMIEJĘTNOŚCI:
Siła: ★ ★
Wytrzymałość: ★ ★
Zwinność: ★ ★ ★
Czujność: ★ ★
Szybkość: ★ ★ ★ ★
EKSTERIER:
Budowa: Lianor jest trochę silna nie, jest umięśniona, ale jest trochę delikatna.
Maść: Żółto kropkowana.
Głowa: Jej uszy są żółte a oczy czarne.
Grzywa: Jej grzywa jest krótka o kolorze rudym.
Ogon: Średni rudy gęsty.
Nogi: Nogi ma masywne i długie.
TEMPERAMENT: Lianor potrafi być zadziorna, ale ma serce jest czuła i przyjazna. Jednak nie daje sobą pomiatać. Jest trochę nieśmiała, ale ma serce waleczne. Nie poddaje się tak łatwo broni słabszych.
Stara się być miła, ale nie zawsze jej to wychodzi.
Jest skryta w sobie i mało o sobie komuś mówi.
RODZINA: Nie żyją.
TOWARZYSZ: Brak.
PARTNER: Szuka.
HISTORIA: Urodziła się na wolnośći, kiedy była, już duża napadły jej rodzinę stado wilków. Starała się obronić rodziców, ale niestety wilki ich zabili. Gdy wilki mieli i ją zabić Lianor kopnęła jednego z nich i uciekła. Kilka dni później złapali ją ludzie.
Trafiła do szkółki jeździeckiej, pewnego dnia wsiadła na nią, pewna zła dziewczyna biła ją batem i ciągnęła za wodze.
W końcu zdenerwowała się klacz i z rzuciła ją.
Wtedy oddali ją na rzeź.
Gdy ją zabrali, uciekła i znalazła to stado.
KONTAKT: komam konie4

Isleen - Szamanka

"Czasem sprawiedliwość przegrywała. Jednak niezależnie od tego jak cierpiałam, czułam się szczęśliwa. Samo  usłyszenie słów podziękowania sprawiało, że chciałam pomagać w każdej sytuacji"

IMIĘ: Isleen
PŁEĆ: Klacz♀ 
WIEK: 3 lata
RASA: Koń 
RANGA: 3
HIERARCHIA: Szaman
GŁOS: Sóley
MOCE: 
• - Przewidywanie przyszłości - nie bez powodu rodzice nazwali ją Isleen - czyli w jej stronach oznaczało to: wizję. Potrafi przewidywać przyszłość, ale wizja pojawia się w najmniej oczekiwanych momentach, 
najprawdopodobniej dlatego, że jeszcze nie panuje nad ową mocą.
• - Kontaktowanie się z bogami, duchami i wiele innymi po przez gwiazdy - odczytuje ich ukryte informacje w gwiazdach. 
• - "Szamańskie sztuczki" - w dawnym stadzie tak nazywali czarną i białą magię, którymi może obsługiwać się tylko szaman, aczkolwiek Isleen zawsze posiadała smykałkę do jakiejkolwiek magii, a więc można to nazwać mocą wrodzoną.
UMIEJĘTNOŚCI: 
• Siła: ★★★
• Wytrzymałość: ★★★
• Zwinność: ★★★★
• Szybkość: ★★★★
• Czujność: ★★★★★
EKSTERIER: 
• Budowa: Isleen to średniego wzrostu klacz - aczkolwiek może wydawać się wysoka, ponieważ posiada długą szyję.
• Maść: Jasnogniada nakrapiana jasnymi "centkami".
• Głowa: Klacz ma chudy pysk. Całokształt głowy przypomina coś na rodzaj garbonosa. Uszy nieduże, szpiczaste, a oczy bardzo jasne. 
• Grzywa: Długa, blond, aksamitna, w niektórych miejscach kaskadami zwisają dwa, lekko potargane warkocze. Prawą stronę pyska zasłania niedługa grzywka.
• Ogon: U góry ciemny, coraz niżej przechodzący w blond, który pojawia się na grzywie. Ogon wysoko noszony sprawia wrażenie "dumnej" postawy.
• Nogi: Jej nogi są bardzo długie i smukłe - Isleen uważa je za swój największy atut.
TEMPERAMENT: Isleen to typ marzyciela, którego czasem ciężko sprowadzić na ziemię. Jej wzrok często spowija magiczna nić rozmyślań, które niełatwo wychwycić. 
Cechuje ją także opiekuńczość i troska o innych. Jest zdolna do poświęceń, zarówno jeśli chodzi o rodzinę, jak i inne istoty potrzebujące pomocy. To klacz niezależna i nie da sobie niczego wmówić, ma własne zdanie i poglądy. Jest pracowita i ułożona. Nie znosi plotek i obłudy, najgorsze są dla niej intrygi miłosne - tak, z miłością się nie igra.  
Jej wadą jest to, że mówi wprost to, co tak naprawdę myśli, niestety taka szczerość nie przysparza jej wielu przyjaciół, chociaż się tym nie przejmuje. Ma dobrą intuicję, która jest jej mocną stroną. 
Mimo pozoru nieufności i niedostępności jest w stanie uczynić wiele. Ma mnóstwo ciepła i pozytywnych odruchów. Niestety, także jest choleryczką, ma wybuchowy charakter, ale potrafi się przyznać do błędu i 
przeprosić za swoje zachowanie. 
RODZINA: Rodzina została w stadzie na dalekim wschodzie.
TOWARZYSZ: Aidan
PARTNER : Nie posiada.
HISTORIA: Isleen trafiła do tego stada, ponieważ ma do wykonania pewna "misję". Reszta jest zatajona.
KONTAK : Król Lew

sobota, 12 listopada 2016

Od Chica - Wojna? Znowu?, part uno

- Annabel... Nie! Zaczekaj! To pułapka. Tam jest Agramon! - wołałem.
Ruda klacz posłała mi tylko promienny uśmiech. Potem oddaliła sie prostoduszny pułapki zastawionej przez Agramona i Lilith. Pobiegłem za nią. Bieg. Tylko on sie teraz liczył. Zatrzymałem sie. Nad Annabel w kałuży krwi stał Agramon i sie... Śmiał.
-Zapłacisz mi za to ojcze! - warknąłem.
***
Obudziłem sie. Od dwóch dni, w stadzie toczy sie wojna. Trafiłem tu tuż przed jej rozpoczęciem. No i dowiedziałem sie że nad przywódczynią panuje Death. Diego już stał obok mnie.
~Nic sie nie stało przyjacielu? - zapytał z troską.
~Raczej nic. To był tylko zły sen - posłałem mu zmęczony uśmiech.
Jeleń uspokoił sie i wrócił do swojego wcześniejszego zajęcia. Był bardzo troskliwy. Wiedziałem że nie pozwoliłby mnie skrzywdzić. Wstałem i postanowiłem przejść sie po lesie. Czemu akurat las? Nie mam pojęcia. Po prostu to miejsce przypominało mi o Annabel. No i spotkałem tam Dragon która była dość... Ekscentryczną postacią. Twierdziła że jest tam przez Cole'a i że nie warto mu ufać. No i cały czas pytała gdzie jest Liam i co się stało z Veną. Za każdym razem mówiłem jej prawdę:
Death zabił Liam'a a ten stał sie bogiem, mamy wojnę, Cole jest ok, Vena ma sie dobrze. Nie widziałem powodu żeby jej kłamać. Była samotna, obłąkana. Nagle przede mną pojawiło sie to brzydactwo. To znaczy... Po prostu demonica.
-Czego chcesz?! Powiedziałem że was nienawidzę i nie zmienię zdania - powiedziałem.
-Oh, vato... Wszyscy sie zmieniamy, mój drogi braciszku - zaśmiała sie Aminesia.
Rozpoznałem ją po głosie. Ciekawe po co ją tu przysłano. By mnie zabić? Możliwe. W końcu zachowałem sie jak "syn marnotrawny" i porzuciłem rodzinę. Ale kto by kochał takich rodziców, siostry i braci? Westchnąłem i spojrzałem na Aminesie.
-Zabij mnie. Tylko szybko, bo nie chce mi sie czekać - warknąłem.
Demonica zawahała.
-Nie muszę tego robić jeśli wrócisz - stwierdziła.
-Oj, Ama... Dostałem tu wyższe stanowisko niż sprzątaczka Agramona i Lilith. Serio - rzuciłem ironicznie.
Nie ukryła uśmiechu. Dawno już z nią nie gadałem.
-No więc muszę cie zabić. A szkoda. Wielka szkoda, Chico - odparła.
Rzuciła sie na mnie z sztyletem. Zrobiłem szybki unik. Klacz zadała mi cios w skrzydło. Czułem jak czerwone krople krwi po nim spływają. Z wściekłością wbiłem róg w jej ciało. Padła martwa. 
Zabiłem właśnie swoją siostrę. Stałem sie mordercą jak Aragorm. 

C.D.N

Rana na skrzydle -6HP

Od Mariki CD Lorgan



Poczułam, że unoszę się raz w górę, raz w dół.  Uniosłam obolałe powieki i ujrzałam waderę. Zorientowałam się, że leżę na czyichś plecach. Na plecach Lorgana. Otworzyłam ze zdziwienia oczy i zsunęłam się powoli z jego grzbietu. Ogier zatrzymał się i popatrzył w moją stronę.
- Przepraszam cię, że... – nie umiałam opisać zaistniałej sytuacji. – Ja nic nie pamiętam…!
Bo naprawdę nic kompletnie nie pamiętałam. Jedynie to to, że wybrałam się na nocną wartę z Lorganem. Nic więcej.
Słaniałam się na nogach.
- O! Obudziła się księżniczka! – warknęła pod nosem wadera.
- Hej, o co ci chodzi koteczku? – spytałam wilka.
Tej zaświeciły się oczy w nienawiści.
- Koteczku?! – zagrzmiała.
- To jest Ismena. Moja towarzyszka. – wyjaśnił ogier.
Kiwnęłam głową.
- Marika. Wybacz lecz nic kompletnie nie pamiętam z tej nocy a czuję, że stało się coś dziwnego. Czyżbym cię w jakiś sposób uraziła? – spytałam zdziwiona zachowaniem Ismeny.
Nie odpowiedziała tylko ruszyła przed siebie przeklinając pod nosem.
- Gdzie idziemy?
- Do medyka. Obawiam się, iż możesz mieć kłopoty z dotarciem tam pieszo. – odpowiedział Lorgan.
Istotnie. Ledwo co się trzymałam na nogach, w uszach mi szumiało, głowa pulsowała i te plecy... Czułam potworny ból. Coś wgryzło mi się w ciało.
Nagle kawałek po kawałku wszystko zaczęło mi się przypominać.
- Jestem przyzwyczajona. – mruknęłam. – Dam sobie radę.
Zmierzył mnie wzrokiem.
- Odprowadzimy cię. – rzekł ogier.
Wadera znów coś zaczęła szeptać pod nosem lecz w końcu się odezwała:
- Czy to prawda, że jesteś dowódcą morderców?
- Owszem. – odpowiedziałam.
- To dziwne, że tak wysoko postawiona klacz nie umiała sobie poradzić z tak prostym zadaniem jak zabicie tak słabego demona… - warknęła Ismena.
Lorgan posłał jej ostrzegawcze spojrzenie lecz nie umiał w nim ukryć rozbawienia.
- Dziwne jest to, że taki demon pojawia się na tak bezpiecznej ścieżce jak tamta. Kiedy byłam mała żyła w tym samym stadzie co teraz. Moja matka była… Cóż. Była wariatką bez dwóch zdań lecz siłą nie gardziła, ojciec tak samo. Ja też byłam silna i wytrwała. Byłam już na jednej wojnie. Lecz parę zdarzeń w moim życiu zadecydowało o tym, iż mam prawo tu być. Byłam silna lecz spotkałam pewną przeszkodę, która wyssała ze mnie połowę życia, połowę mnie i połowę mojej energii. Mogłam zginąć całkiem lecz przedziwny los zdecydował, że mam żyć. I wierz mi, ja nie chcę tego ciała, to ciało zadaje mi ból nie tylko fizyczny ale i psychiczny. Czuję wstręt do tego ciała. Moje serce płacze codziennie nad straconą przeszłością. Ale to jest ciało a ciało jest naprawdę niczym. Liczy się duch. Mój duch jest niezwykły i ja to czuję. I dlatego gdy walczę, to walczę duchem a nie ciałem. – wystrzeliłam to z siebie jak pociski i zamilkłam.
Wilk nadal łypał na mnie nienawiścią ale zabrakło mu już słów. Opuściłam łeb. Ja nie chcę żyć. Nie mam powodu aby żyć. Ale muszę. Gdybym mogła być choć na chwilę kim innym.  Gdybym mogła cofnąć czas. Dlaczego nie zginęłam z rąk tego demona?! To przyniosłoby mi spokój. Ktoś chciał abym żyła, ktoś mnie potrzebuje tak samo jak ja jego…
Lorgan? Co wyszło to wyszło. Teraz kolej na twój popis. :p


Od Mariki - wojna cz.2



Nie byłam w stanie poruszać się o trzech nogach. Skakanie nie przynosiło rezultatów i do tego zmuszało giętki kręgosłup do pracy. Spróbowałam więc użyć zakrwawionej kończyny. Ból jednak wzmógł się znacznie a mi już powoli tchu zaczynało brakować. Ubolewając nad własną słabością wybrałam drogę do medyka. Poczęłam się czołgać. Nie był to dobry pomysł ale wszak jedyny. Brud, drobne kamienie, szyszki nie szyszki, resztki padliny i inne ciała stałe; to wszystko wchodziło w skład mojej rany.
Już z daleka ujrzałam Marinę. Zapracowaną bo jedyną medyczką w naszym stadzie. Znałam ją z widzenia, parę razy może przywitałyśmy się. Zazwyczaj widziałam ją z Miodką i czasem z... Lorganem. Westchnęłam cicho. Podczołgałam się jeszcze trochę i wstałam. Chwiałam się raz w prawo, raz w lewo. Klacz gdy mnie zobaczyła wytrzeszczyła swe czerwone i zmęczone oczy. Do sierści miałam doczepione jeszcze wnętrzności demona przyklejone gęstą warstwą krwi. Noga ma zaś była całkiem pozbawiona skóry a po żyłach pełzły mi przeróżne robaki nie mówiąc już o brudzie. Marina prędko opatrzyła mi chorą kończynę.
- Ty na wojnie? - spytała lekko zdziwiona.
- Owszem, jestem morderczynią. - przyznałam z odrobiną dumy.
- Ale ty...! - zaczęła. - Wybacz lecz uważam, że... Em...
- Nie nadaję się? Wszyscy tak mówią ale ja to... Mogę chyba powiedzieć, że "kocham". - mruknęłam.
- Zatem idź teraz położyć się do schronu. - rozkazała Marina.
Schronem nazwaliśmy miejsce dla rannych. Był to malutki szpitalik umieszczony bezpiecznie pod ziemią. Już z daleka dojrzałam zapełnione łóżka.
- Ani mi się śni! Idę tam gdzie moje miejsce; do grobu. - zaśmiałam się.
Klacz tylko westchnęła. Bowiem nie była o wiele mniej zmęczona niż ja. Lecz ja czułam ducha walki. Kuśtykając trochę czmychnęłam w krzaki.
Powoli zbliżał się wieczór. Z radością zauważyłam, że z czarnego nieba zaczęły spadać białe płatki śniegu choć był to dopiero listopad. Zauważyłam ze zdziwieniem, iż z każdym krokiem robi się dużo ciemniej. Chwilę potem nie widziałam już nic. Chodziłam po omacku. Mrok i ciemność panowały nade mną. Byłam zdana tylko i wyłącznie na me obolałe nogi i zachwiany umysł.
- Cieszę się, że przyszłaś… Czekałem. – pośród lodowatego głosu wiatru odezwał się ten; męski, twardy i zuchwały.
- Zapewne. – warknęłam w odpowiedzi.
- Naprawdę? Nie poznajesz mnie? MNIE?! Szkoda… A ja tak tęskniłem… Ale ważne, że jesteś. Że udało się tu ciebie ściągnąć. Masz bardzo mizerne ciałko a ja… Takie kolekcjonuje. I wiesz brakuje mi właśnie takiego. Jest śliczne lecz… Kruchutkie.  Może wolisz lepsze, silniejsze? Wiem, że od dawna chcesz go porzucić. Nie podoba ci się, prawda? – syczał niewidzialny.
- Nie mogę zaprzeczyć lecz jedynie honorowa śmierć może mi je zabrać. Zabierze mi wszak tylko kości bo wszak mięsiwa zbyt dużo nie zastałeś. Dusza pozostanie i walczyć będzie nadal.
- A no tak… Może i racja jest po Twojej stronie.  Muszę cię ostrzec ; ja kolekcjonuję również i dusze. Przemieniam je w swoją własność a moja własność jest święta, zła i nikczemna. I też brakuje mi takiej jak twoja. Mam również duszę jedną, odległą… Przyznam ci się szczerze, iż wstydzę się jej trochę. Oto proszę spojrzyj na nie.
Niezwykła siła odepchnęła mnie na kilka stóp w tył. Przed sobą zobaczyłam marionetkę. Tak, marionetkę.
- Co chcesz mi pokazać?! – prawie, że wykrzyknęłam te słowa bo uwięzione ciało przypominało mi JĄ!
- A jak myślisz? Teraz mnie pamiętasz? – zagrzmiał głos i jego posiadacz wyłonił się z mgły.
Teraz był już słodziutkim demonem pod musztrą samego Death’a. Chciałam krzyczeć lecz Håkan chwycił me gardło i poczułam, że brakuje mi tchu.
- Pamiętasz mnie jednak, co?! PAMIĘTASZ!?- warknął a zabójczy głos rozchodził się echem po lesie.
Wreszcie puścił mą szyję a ja opadłam bezwładnie na ziemię i póki mogłam starałam się zaczerpnąć jak najwięcej powietrza.
- Pamiętam tą lekkoduszną mordę. Miałam jednak nadzieję, że nigdy już sobie o niej nie przypomnę! Wymazałam ją z pamięci raz na zawsze! – wrzasnęłam najgłośniej jak mogłam. – Nie cierpię cię! Jak mogłeś mi to zrobić!!!???
Zawładnęła mną gorycz i rozpacz. Położyłam się na ziemi szlochając gorzko. Moja krótka grzywa zatonęła w błotnistym podłożu.
- Ja też cię kocham… - mruknął Håkan.
Ja jednak się nie odezwałam. Leżałam w bezruchu. Zabije mnie; trudno. Ale nie oddam mu duszy. Nie oddam mu mojej wyobraźni. Nie oddam tego czego ON mnie nauczył. Tego co ON wychował.
- Twoja matka była durniem. – rzekł ze złośliwym uśmieszkiem. – Ojciec też.
- NASZA. – wyszeptałam przez łzy. – NASZA matka i NASZ ojciec!
Wstałam powoli i spojrzałam mu w oczy. Śmierdziały zgnilizną. Zgniłym sercem. Tym sercem, które niegdyś tak kochałam.
- Co ci się stało? – spojrzał na moją poharataną nogę. – Może ci pomóc? Wiesz, mogłaś od razu do mnie dołączyć. Wtedy oszczędziłabyś sobie bólu… Ale ty nie chciałaś. Jestem w stanie ci przebaczyć bo w końcu głupio jest zabijać własną siostrę.
W odpowiedzi rzuciłam w niego nożem. Odsunął się z pogardą. Wstałam i mimowolnie podeszłam do niego. Ze łzami w oczach przytuliłam brata a on mnie. Chciałam go zabić lecz… Czułam tą więź. Nie mogłam tak od razu, po tylu latach… Cofnęłam się parę kroków w tył.
- Odejdź! – krzyknęłam.
Pokręcił głową. Kopnął mnie z całej siły w brzuch. Zemdliło mnie. Upadłam lecz zaraz się podniosłam. Wokół Håkan’a  pojawił się niebieski dym. Poczułam jak swąd dostaje się do moich nozdrzy. Wstrzymałam oddech; trucizna.
- NIE CHCESZ ODDYCHAĆ?! – wrzasnął ogier.
Znów złapał mnie za szyję i potrząsał mym ciałem. Nie byłam w stanie zareagować, nawet ruszyć kopytem.  Powoli uchodził ze mnie i owy duch o którego tak walczyłam. Nie widziałam żadnego wyjścia. Gdy byłam już przekonana, iż pora abym już odeszła przypomniałam sobie o swych (jak w tej chwili mnie się wydawało) anielskich mocach. Rykiem zarzynanego cielęcia „odpędziłam” od nas powietrze tworząc próżnię.  Już miałam mroczki przed oczami gdy potwor mnie puścił. Upadłam i przywróciłam spowrotem tlen; w końcu ja też go potrzebowałam. Obudził się we mnie pierwotny instynkt. Podniosłam się. Podniosłam z ziemi złocisty miecz. Bez wahania rzuciłam się na brata. Czułam niezwykłą energię, pulsowała we mnie krew wojownika, gnieździła się we mnie ogromna moc i siła. Przewróciłam go na plecy. Ten zszokowany ale jak zawsze przygotowany odepchną mnie w tył. Rozpędził się i z furią  natarł. Cięłam mieczem na prawo i lewo ale on o dziwo każdego ciosu unikał i wykorzystywał przeciwko mnie. W końcu jednak skoczyłam na jego ramię stwarzając dogodną sytuację aby zadać cios ostateczny. Podniosłam miecz. Håkan jękną. Nagle zdałam sobie sprawę, że nie mogę tego zrobić. Władał nad setkami, tysiącami, kto wie czy nie milionami porwanych dusz… Władał nad duszą mej matki i mego ojca. Tak, ta marionetka… To była ona; Jennifer. Opuściłam miecz. Mój brat wykorzystał to wbił swoje kły w mój łeb. Krew ma wytrysnęła na wszystkie strony. Ból był tak diabelsko mocny… Moje lewe oko pociemniało. Nic nie widziałam, nie wiedziałam co się dzieje. Demon trzymał przez pół minuty a ja ryczałam z bólu. Puścił mnie w końcu a ja oniemiała z wrażenia stwierdziłam, że czegoś brakuje. Nie myliłam się. Spojrzałam w kierunku paszczy brata. Coś z niej wypadło… Oko. Moje oko! Rzuciłam się na niego i wbiłam w jego serce złoty miecz.  Sturlaliśmy się ze zbocza i wpadliśmy do głębokiego wąwozu.
- Kochałem cię… - wymamrotał a z jego pyska wypłynęła krew.
- Ja też… - zapłakałam.
Nikt nie mógł pojąć naszej miłości. Wychowywał mnie od dziecka ale w pewnym momencie… Przytuliłam się mocno do jego zimnego ciała i zamknęłam oczy. Straciłam świadomość.

C.D.N.
Tak miałam brata, zwano go „Królem Wojowników”… Do pewnego czasu… Ale ja go zawsze będę kochać…
PS: Pobiłam Cię Galant!  1237 słów! XD

Urazy na głowie, szyi, brak oka -15HP
(tak wiem, że dużo XD nic nie poradzę)