Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Phanthom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Phanthom. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 stycznia 2017

Od Phanthom'a cd. Armeny

Popatrzyłam na klacz nieco jak na idiotkę, a następnie machnąłem łem do Veny.
- Oprowadzę - zgodziła się. Odwróciłem się i z rozłożonymi skrzydłami wniosłem się w niebo.
Zapomniałem o niej. O wszystkich. Dokładnie dwie... no dobra, może trzy godziny latałem bezsensownie nad całym stadem. Wzdłuż granic, przez środek i tak różnie. Parzyłem przed siebie, nie rozglądałem się nigdzie, nie podziewałem widoków. Po prostu leciałem przed siebie wolno i leniwie. Co jakiś czas machnąłem dwa razy skrzydłem, aby nie stracić wysokości, albo nie zaryć o ziemie, czy konary drzew. Wlatywałem w chmury, w te białe puchy, a widok nad nimi był nieziemski. Nadeszła noc, a gwiazdy lśniły przepięknie. Księżyca nigdzie nie dostrzegłem, zamiast tego do moich uszu doszło rechotanie żab, melodia grana na małych „skrzypcach” koników polnych, trzepot nietoperzy i takich tam. Wiatru nie było, zero, nic, pustka, tak więc nic mi nie przeszkadzało w locie. Nawet ta panująca ciemność, gdyż sam jestem koniem mroku, więc jaka to dla mnie różnica? Raczej rarytas.P rzelatywałem nad wąwozem. Zniżyłem lot i stanąłem na mchu. Schyliłem łeb i się przyjrzałem wszystkiemu. Z radością stwierdziłem, że jest tu bardzo spokojnie. Ponownie rozprostowałem skrzydła. Wzleciałem w górę, bo po co miałem tam siedzieć? Zaleciałem tylko na chwilkę. Ostatecznie wylądowałem na chmurze, która znajdowała się nad urwiskiem i na niej zasnąłem.

<Armena?>

wtorek, 3 stycznia 2017

Od Phanthom'a cd. Veny ~Event

Szybko poszło, śpieszy im się? Długo się nad ty nie zastanawiałem, w końcu wszyscy się rozeszli. Zostałem tylko ja, Vena, jej "przyszło mąż" i czarna piękność... piękność...? Co ja wygaduje! Czarna klacz! I tyle!
- To w końcu i ty wszystkiego się dowiedziałaś - skomentowała czarna. Vena popatrzyła na nią jakby z wyrzutem, potem na mnie, na Dracona, a wzrok zawiesiła na mnie.
- Ty też wszystko wiedziałeś?! - wręcz to wykrzyknęła.
- Ciszej... - poradził ogier, ale ona go zignorowała. Wdałem się jej w słowa, aby zamilkła.
- Wczoraj wieczorem spotkałem się z nią - wskazałem na pegazicę. - Kiedy niby miałem ci to powiedzieć? - zamilkła i odwróciła wzrok. Patrzyła w ziemię.
- Nie mam zamiaru za ciebie wyjść... - fuknęła do ogiera, a on nie wyglądął na jakiegoś zdziwionego, czy co lepsze, zranionego.
- I ze wzajemnością - powiedział. Tym razem był nieco wredniejszy. Porównując go do tego słabego synka tatusia, teraz był innym koniem. Moja towarzyszka spojrzała na niedoszłego jednak męża. Chyba...
- Jak to... ale... - niczego nie rozumiała, więc spojrzała na mnie.
- Ja rozmawiałem z nią, nie z nim - wybroniłem się, po czym się rozejrzałem. Czułem, jakby ktoś nas podsłuchiwał, ale nikogo tutaj nie było. Do czasu, aż nagle podbiegła do nas ta mała klaczka, która stała przy przywódcy.
- Bracie! - krzyknęła przestraszona. - Czemu nie chcesz? - miała nieco piskliwy głosik. - Jak ty nie chcesz, to ja będę musiała! a ja nie chce! Boje się go! - wskazała na mnie. Dziecko... Ta... to zaraz może za daleko pójść. Vena popatrzyła na mnie jak na zboczeńca, a ja posłałem jej tylko niewinne spojrzenie. W końcu Dracon z czarną bezimienną klaczą zaczęli nam wszystko tłumaczyć.

<Vena? Zacząłem, ty kończysz XD>

Od Phanthom'a cd. Armeny

Patrzyłem na nią nieco obojętnym wzrokiem. Armena... Nie kojarzę. Rzadko wychodzę z jaskini, więc jakim cudem mógłbym znać inne konie? A gdy już to robię, to w nocy. Tylko w przyjemniejsze dni, takie jak te wyjdę w dzień się powałęsać i tyle.
- Phanthom - powiedziałem po długiej chwili milczenia. - Tom... - dodałem.
Zawsze uważałem moje imię za za bardzo skomplikowane. Mówi się Fantom, to prościutkie. Ale weź to napisz, kto mnie w ogóle tak nazywał? Ale lepiej takie, niż jakiś Azorek albo Strzała, a jak to się przytrafiała znajomym z mojego stada. Sami musieli sobie zmieniać imię, chociaż Strzała nie było takie złe.
- Należysz do tego stada? - skinąłem głową, po czym ją schyliłem i zacząłem skubać trawkę. Dalej tak samo słodko kwaśna. Zawsze wolałem mlecze albo koniczynę, niż tą zwykła. Ale co ja będę wybrzydzał, mój brzuch na to nie pozwala. - To dobrze - czyżby jej ulżyło? Czy ja wyglądał na jakieś sadystę, który chętnie by się na nią rzucił? Na prawdę, czasem nie rozróżniam strachu od końskiej głupoty, ale co ja będę się tutaj bawił w myśliciela? - Długo już? - kolejne pytanie. Spojrzałem na nią, po czym nieco wyprostowałem skrzydła. Miałem ochotę na lot. Z dala od całej cywilizacji.
- Miesiąc jakoś - stwierdziłem, po czym się uniosłem. Nie pożegnałem się ni nic, za jakiś czas na pewno się spotkamy. Zawsze tak jest. Próbujesz od kogoś uciec, odosobnić się, ale los uwielbia się z tobą bawić i zaraz cię przygna tam, gdzie nie chcesz. Nie chodzi o to, że ta klacz mi się nie spodobała, co w takich kwestiach nigdy nie mam komentarza czy swojej opinii. To bezcelowe.

<Armena?>

Od Armeny CD Phantom'a

-N-nie.-Wyjąkałam.-Ale po prostu..Przestraszyłam się.
Przyjrzałam się nieznajomemu.Był niezbyt wysoki,miał jasnosiwe umaszczenie.
Trochę się go bałam ale..już coraz mniej.Wydawał się miły.I raczej nie spodziewałam się żadnego ataku z jego strony.Widać że był rozbawiony moim strachem,lecz się tym nie przejmowałam.Wielu tak reagowało.
Na początku mnie to ruszało,ale nauczyłam się żeby nie zwracać na to uwagi.W końcu ryczenie nic nie da.
-Jestem Armena.-Przedstawiłam się.-A ty jak się nazywasz?-Dodałam po chwili.
Przyglądałam mu jeszcze przez chwilę.Milczał.Zastanawiałam się czy wreszcie mi odpowie.
                                                       <Phantom?>

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Od Phanthom'a cd. Veny ~Event

Długo z nią rozmawiałem. Praktycznie do świtu, no prawie. Wróciliśmy do obozu dwie godziny przed, abyśmy mogli się trochę przespać. Nie wiem ile spałem, ale obudziły mnie głośne rżenie koni, stukot kopyt i krzyk. Otworzyłem oczy i podniosłem łeb. Vena dalej spała w tym samym boksie, ale tak samo ja ja, usłyszała cały harmider. Zacząłem się rozglądać, albo chociaż znaleźć szparę, przez którą mógłbym zobaczyć, co się działo. Ale nie udało mi się.
- Dlaczego masz rozwiązane skrzydła? - zapytała klacz. Spojrzałem w jej kierunku, a następnie na skrzydła. Czyli to nie był sen. Machnąłem nimi raz, dwa razy, a potem znowu spojrzałem na nią.
- Pewnie przegryzłem w nocy - wymyśliłem wymówkę, chociaż na pewno w to nie uwierzyła. Po za tym widziałem jej wzrok, który szukał tych cholernych lin. Nie było ich tu, ale nie zdążyła zadać mi już nowego pytania, ponieważ ktoś wbiegł do nas. Był to potężny ogier, pierwszy raz go widziałem.
- Chodźcie - mruknął otwierając nam drzwi do boksu. Bez żadnych ogródek przeszliśmy przez próg i podążyliśmy ku wyjściu. - Ty! - krzyknął do mnie, za nim wyszedłem. - Czemu nie masz związanych skrzydeł? - jego głos był złowrogi, ale ja nie odpowiedział. Wzruszyłem ramionami i poszedłem dalej. Nie zaczepił mnie, bo nie mógł. Zaraz okrążyło nas paręnaście koni. Zbliżyliśmy się do siebie z Ven'ą, po czym oglądaliśmy się po wszystkich pyskach. Gdy udało mi się znaleźć twarz klaczy, której imienia dalej nie znałem, uśmiechnąłem się delikatnie, ale tak, żeby nikt nie zauważył. Po chwili okrąg się otworzył i wpuścił w nasza stronę swego wodza, młodą klaczkę oraz Dracona. Tak szybko? Posłałem znaczące spojrzenie ku czarnej pegazicy, ale ona się gdzieś skryła w tłumie.

<Vena?>

niedziela, 1 stycznia 2017

Od Phanthom'a cd. Armeny

Gdy otworzyłem oczy, przede mną ukazało się niebo. Niebo pełne białych puszystych chmur. A na jednej z nich właśnie nocowałem. Gdy sprawdziłem, że mam kopyta, skrzydła, grzbiet, nie jestem człowiekiem, a to był tylko sen, od razu się uspokoiłem. Wstałem i rozłożyłem skrzydła, otrzepując się z kropel potu, które pojawiły się podczas biegu w śnie. Odleciałem z mojego łóżka widząc, że słońce zaczęło już wstawać. Chwile polatałem nad jakimś lasem, aż w końcu znalazłem małe jezioro, a obok niego polanka. Wylądowałem na mokrej od rosy porannej trawie, po czym złożyłem skrzydła i podszedłem do brzegu, aby ugasić pragnienie. Po tej czynności spojrzałem na swoje odbicie w wodzie. Było zniekształcone przez malusieńkie fale, które tworzył chłodny wiatr. Odszedłem od wody. Stanąłem jakoś na środku pola i się rozejrzałem. Moim oczom się nic ciekawego nie okazało, tak więc zniżyłem łeb i zacząłem skubać trawkę, aż w końcu nie ujrzałem jakiejś klaczy pod drzewem. Miała jasną sierść. Gdy tylko wiatr zaszumiał i zaszeleścił krzakami, a ja przypadkiem nadepnąłem na gałązkę, odezwała się przestraszonym głosem. Bawiło mnie to trochę. 
- Aż taki straszny jestem? - zapytałem nieco rozbawiony jej strachem. Była parę metrów ode mnie, ale słyszała mnie wyraźnie. - A tak... ja tu jestem - dodałem odpowiadając na jej pytanie. Spojrzała się w  moim kierunku.

<Armena?>

Od Phanthom'a cd. Veny ~Event

Wszedłem do boksu. Siano i woda. Szkoda tylko, że nie rozwiązali mi skrzydeł. Ta lina naprawdę robi się coraz bardziej drażniąca, ale jeśli sam ją zerwę uznają to za próbą ucieczki i nie wiadomo, czy mi jeszcze czegoś nie zwiążą. Położyłem się na sianie i czekałem. Klacz miała po mnie przyjść, jeśli pamięta i chce, przyjdzie. Jeśli kłamała, nie mam zamiaru samego stąd wychodzić. Co ja potem powiem? Szukam klaczy, bo miałem z nią gdzieś zniknąć. Tak? No raczej nie. Ale długo nie czekałem. Vena już spała, albo chociaż mi się tak wydawało. Do drzwiczek mojego boksu zastukały kopyta. Otworzyłem oczy i wstałem. Przede mną pojaw się czarna klaczka ze skrzydłami i pełna gracji o pięknych niebieskich oczach.
- Idziemy? - zapytała, na co ja jedynie skinąłem głową. Otworzyła bramkę, po czym mnie wypuściła. Spojrzałem w stronę śpiącej klaczy, miała zamknięte oczy i najwidoczniej oddała się objęciom morfeusza. I dobrze. Wyszedłem ze klaczą spokojnie. Na zewnątrz trwała biesiada, konie tańczyli, grali, śpiewali... prawdziwa biesiada, jakby mieli co świętować. Cichcem wymknęliśmy się za boksy i weszliśmy z las.
- Cieszą się, że jeszcze im nie uciekliście - powiedziała. Szedłem obok niej.
- A ty się nie boisz, że ucieknę? - zapytałam zaciekawiony. Klaczka się zaśmiała.
- Masz związane skrzydła - spojrzałem na nie i poruszyłam, czego od razu żałowałem. - I jestem najszybszym pegazem ze wszystkim piratów. Zdołam się złapać - dodała. Spojrzałem na nią. Była nieco wyższa ode mnie.
- Dobrze wiedzieć, że nie mam szans z klaczą - powiedziałam trochę obojętnie.
- Nie myśl, że sobie żartuje - prychnęła. Chwilę milczeliśmy przechodząc przez rzekę po skałach. Im dalej byliśmy od tego terenu, tym lepiej się czułem. - Obcierają cię, co nie? - na początku jej nie zrozumiałem, aż nie pokazała na liny. Skinąłem głową. Gdy byliśmy na drugim brzegu, klacz je zerwała. Dziwiłem się, ale nie protestowałem, nie odzywałem się. Wyprostowałem je i machnąłem niby. Spojrzałem na ślady, jakie zostały.
- Teraz nie boisz się, ze ucieknę? - zapytałem lekko się uśmiechając. Klaczce najwidoczniej to było obojętnie.
- Mówiłam, złapie cię - czyżby była siebie aż taka pewna? - Po za tym, wątpię, żebyś miał zamiar uciec - stwierdziła.
- Dlaczego?
- Bo mogłeś to zrobić sam, twoja koleżanka tak samo, pomóc sobie nawzajem. Ale obydwoje siedzicie na tych terenach - miała rację. Inteligentna. 
- A powiesz mi, czego nas porwaliście? - chwilę milczała. Przeszliśmy na jakaś polanę.
- Jak mówił dowódca, aby połączyć stada.
- A dlaczego nasze? - znowu milczała. Szła dalej, a ja za nią. Ogromnie się cieszyłem, że pozbyłem się tych okropnych lin. Tak bardzo bym teraz chciał wzlecieć...
- Znajdujecie się tak jakby w centrum. Aby pokonać inne stada, potrzebujemy tego stada, z którym każdy graniczy. Wy takim jesteście - wytłumaczyła. Skinąłem głową. Szliśmy dalej, a odgłosy biesiady milkły w oddali. Byłem ciekaw, jak daleko zajdziemy. Czy może to pułapka? Nie sądzę.
- A ślub? - chciałem dostać informacje na ten temat. Klacz znowu milczała, ale w końcu postanowiła mi powiedzieć.
- Jak to jest w tradycji, potrzebni są ci, z wyższej rangi. U ans panuje do tego taka tradycja, że klacz nie ma wyboru. Jeśli się spodoba synowi naszego przywódcy, nie ma wyjście. Musi za niego wyjść.
- A po co ja wam? - nie rozumiałem.
- Jesteś tak jakby druga opcją. Gdyby coś nie poszło, ciebie by zmusili do poślubienia córki przywódcy. Szkoda, że to jeszcze dziecko - westchnęła. Dziecko? No to jest chore! Ale nic nie powiedziałem.
- A jak się nazywa ten książę? - doszliśmy do urwiska. Stąd był przepiękny widok na wszystko i jak mówiła, było to cicho. Wszystkie odgłosy z biesiady zniknęły...
- Dracon.

<Vena? Dam dam daaaam! XD>

sobota, 31 grudnia 2016

Od Phanthom'a cd. Veny ~Event

Połączyć stado? Czy on chce się bawić w jakieś śluby, czy jak? Ech... tego już się nie dowiedzieliśmy. Szedłem wraz z tłumem do ich wioski, a Vena obok mnie, najwidoczniej niezadowolona zaistniała sytuacją. Zazwyczaj żeby złączyć stada trzeba po jednym z wyższej rangi konia, z jednego klacz, a z drugiego ogiera. Biorą ślub, a wszyscy są szczęśliwy. Ta... Nie mam pojęcia czy Vena jest wyższej rangi, ale ja na pewno nie, więc co ja tu mam robić?
- Jak wam się tu podoba? - podeszła do nas ta sama ładna klacz, z którą rozmawiałem.
- Nie jest źle – powiedziałem rozglądając się. - Ale wolę cichsze miejsca – dodałem. Vena się nie odzywała, jedynie przyglądała się temu wszystkiemu i nas słuchała.
- Ja też, ale im masz lepsze stosunki z innymi, tym wygodniej ci się żyje – stwierdziła. Szliśmy mniej więcej w środku, co jakiś czas popychani, abyśmy przyspieszyli. Oczywiście nic to nie dawało, jak tylko satysfakcję dla tych z tyłu, że są chodź trochę „źli”.
- Chyba coś w tym jest – odparłem jak zawsze obojętnie. W końcu las przestał się ciągnąc, a my trafiliśmy na polanę. Na środku płonęło ognisko, a na całym tym terenie znajdowało się wiele koni. Zauważyłem, że stały tu drewniane boksy, za pewne zrobione przy pomocy magii. Świetnie. Może chociaż będę miał gdzie spać? Jeśli w końcu bez żadnych pogróżek uda mi się zdjąć te liny ze skrzydeł, które zaczynają mnie piec, sen będzie spokojny.
- Jeśli chcesz, mogę cię wieczorem zaprowadzić w spokojniejsze miejsce – zaproponowała. Spojrzałem na nią kątem oka. „Ładna i ma słodki głos” pomyślałem. Zgodziłem się na propozycję, po czym zostaliśmy zepchnięci w sam środek koła, które tworzyły wszystkie konie. Co ciekawsze, z naszego stada byliśmy tylko my. Gdzie reszta?

<Vena? Jak coś, ta tajemnicza klacz będzie mi potrzebna, ale nie w tej podróży>

wtorek, 27 grudnia 2016

Od Phanthom'a cd. Veny ~Event

Rozmowa z tą klaczą przebiegała w bardzo spokojnej atmosferze, takiej luźnej, jakbyśmy byli starymi znajomymi, dopóki nie wróciła Vena. Od razu poczułem jak się wszystko spina, ale mówi się trudno. W końcu to ona jest moją towarzyszką niedoli czy czegoś tam, a ta czarna zgrabna klacz jednym z tych, którzy nas porwali.
- Widać naszą wyspę! Ląd! - krzyknął jakiś ogier. Nie szukałem go, tylko spojrzałem przed siebie na morze, lekko na wschód, gdzie rzeczywiście zaczynał się pojawiać ląd. Chwile patrzyłam na to wszystko, aż nie podeszli do nas jakieś konie.
- Zaraz będziecie w nowym domu - odparł jeden z dziwnym uśmieszkiem na twarzy. Zignorowałem go, a po chwili Vena zrobiła to samo. I dobrze, niech nie myślą, że jakiekolwiek ich słowa na nas wpływają. Bynajmniej na mnie, Vena może sobie z nimi robić co chce,nawet próbować uciec, ale beze mnie. Nawet, jeśli z łatwością bym mógł rozgryźć te cholerne liny, które zaczynają mnie już obcierać.
- Wyciągnąłeś coś od niej? - zapytała cicho moja towarzyszka. Spojrzałem na nią na chwilkę, po czym wróciłem do krajobrazu zbliżającego się lądu.
- Na ten temat? Nie. Rozmawialiśmy miło i tyle - odparłem obojętnie.
- Tylko nie mów, że wpadła ci w oko - sam nie wiem czy mówiła to z rozbawieniem, czy z politowaniem w głosie. Nie ważne.
- Raczej nie dożyje dnia, w którym pojawi się na tyle piękna klacz, aby zawrócić mi w głowie - wytłumaczyłem, po czym miedzy nami zapanowała cisza, aż do uderzenia statku o ląd. Na początku siłą nas chcieli wypchać, aż czarna pegazica powstrzymała ich mówiąc, że raczej pójdziemy sami. I tak było. Bez żadnych problemów zeszliśmy po desce - niestety skrzydeł dalej nie mogliśmy używać - na ziemię.
- Lepiej pilnuj się i swojej koleżanki - poradziła mi czarna towarzyszka, która posyłając mi uśmiech ruszyła przodem. Zacząłem szukać wzrokiem Veny.

<Vena?>

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Od Phanthom'a cd. Veny ~Event

Nie mam pojęcia, czy klacz użyła jakiejś mocy, czy ten ich przywódca był na tyle głupi, żeby dać się zmanipulować. Ale to nie ważne, jak sobie z nim poradziła. Jeśli jej tak dalej pójdzie, nie jesteśmy straceni. Jednak wolałbym na razie ominąć plan ucieczki i zostać tutaj. Chce wiedzieć, czego od nas chcą. Ta informacja może się na przyszłość przydać, prawda? Odwróciłam się znowu w stronę morza i mu się przyglądałem, gdy nagle obok mnie nie pojawiła się jakaś klacz.
- Kapitan czasem by mógł używać głowy, nie oczu - prychnęła. Popatrzyłem na nią kątem oka. Miała ciemną sierść, dokładnie czarną. Był to skrzydlaty arab. Nie przypominała mi żadnej piratki, bardziej klaczkę, która chodzi z gracją, a ona sama to jedna wielka elegancja.
- Sądziłem, że moja towarzyszka używa jakiejś mocy - odpowiedziałem, a ona się cicho zaśmiała.
- Może tak być. Nie każda go pociąga.
- Ty zapewne tak - przewróciła oczami uśmiechając się.
- Ale on mnie nie - skinąłem głowa i wróciłem do tego krajobrazu. Jest taki piękny, a oglądam go jako porwany koń, ze związanymi skrzydłami. - Pięknie tu, prawda? - ponownie skinąłem głową dalej milcząc. Dopiero po chwili milczenia się odezwałem.
- Szkoda tylko, ze oglądam go jako najemnik - spojrzałem na nią kątem oka.
- Przynajmniej możesz się tutaj poruszać swobodnie - poruszałem skrzydłami dając jej znać, że jej słowa nie są do końca prawdą. - Zrozum nas, inaczej byście nam uciekli.
- Racja - odpowiedziałem. - Albo zostali, bynajmniej ja - wróciłem wzrokiem na wodę, a ona nie kryła zdziwienia.
- Aż tak ci źle u siebie? - zapytała, na co się cicho zaśmiałem.
- Nigdy nie byłem na statku pirackim. Może spodobałoby mi się bycie piratem? - zaśmiałem się. - Ahoj kamraci! Widzicie jakiś statek do obrabowania?! - imitowałem głos starego pirata, wywołując tym samym uśmiech na jej pysku.

<Vena? Jak u ciebie?>

sobota, 24 grudnia 2016

Od Phanthom'a cd. Veny ~Event

Milczałem przyglądając się krajobrazu. Jednocześnie zachwycałem się jego pięknem, jak i głęboko nad wszystkim się zastanawiałem. Czyli wczoraj na mnie napadli, używając jakichś tam mocy. Zapewne uśpienia, skoro nagle stałem się senny i nie mogłem nad tym zapanować. Czyli są tacy jak my - magiczne moce i takie tam sprawy. Jestem ciekaw, czy to, co mówią o swoich przygodach, jest prawdą, czy kolejnym kłamstwem, jaki chcą nam zafundować. Teraz kolejne pytanie: Co zrobili z resztą stada? Równie dobrze mogą być gdzieś ukryci na tym statku, w co wątpię. Wszystkich raczej by nie dali rady zanieść na statki, więc pewnie ktoś jeszcze tam został. Jak znam życie, zostaliśmy rozdzieleni, inni mogą być na innych pokładach, których w tej chwili nie mogłem dostrzec. Może odpływamy w innym przedziale czasu? A teraz coś innego: Co mamy zrobić? Chcą nas jako sługów? Czy mamy wykonać jakieś zadanie? Może chcą nas zabić i poświecić dla jakiegoś swego boga? Ech... tego jednak nie określę. Musze czekać i tak szczerze? Na razie nie będę uciekać, nawet, gdy będę miał taką okazję. Muszę wiedzieć, czego chcą. Może za jakiś czas ta informacja nam się przyda?
- Jak myślisz, ile będziemy jeszcze płynąć? - zapytałem cicho klaczy, która tak samo jak ja miała związane skrzydła. Na razie nie mam zamiaru ruszać tych lin, chociaż w sumie z łatwością bym mógł je teraz rozerwać, gdy nie patrzą i szybko uciec, ale muszę wiedzieć, czego od nas chcą.
- Aż tak ci się spieszy? - usłyszałem za plecami. Przed nami pojawił się potężny koń, większy ode mnie, chyba jak większości, oraz potężniejszy od klaczy. Był to skrzydlaty jednorożec o - co dziwniejsze - zielonej sierści. Przemalowywał się, czy jak? - Tak bardzo o was dbam, pozwoliłem się rozgościć na statku, a wy chcecie mnie już opuścić? - zapytał ze sarkastycznym bólem w głosie. Jakby mu naprawdę było przykro.

<Vena?>

czwartek, 22 grudnia 2016

Od Phanthom'a CD Veny ~Event

Czułem jak się kołyszę. Jak na łódce, tak jakoś płynnie. Szkoda tylko, że nie mogłem się poruszyć. Ani skrzydłami, ani kopytami - niczym. Po jakimś czasie zaczynały do mnie docierać na początku stłumione odgłosy, a potem coraz wyraźniejsze. Nie tylko był to dźwięk morza, ale też innych koni. Gadanie, chichranie i krzyki. Otworzyłem lekko oczy, a wtedy zobaczyłem drewnianą podłogę. Automatycznie otwarłem szeroko oczy się rozglądając. Miałem związane skrzydła, wszystkie kopyta, nawet ogon. Leżałem plackiem na ziemi, zapewne pod podkładem statku, w którym się właśnie znajdowałem. Chciałem wstać, ale nie mogłem. Także jedyne co mi zostało, to obracanie łbem najbardziej jak potrafiłem, aby wszystko zobaczyć. Beczki, haki, liny... znajdowały się tutaj rożne rzeczy w dużych ilościach. Dopiero teraz zacząłem sobie przypominać, co się stało przedtem. W drodze do jaskini, aby się położyć, przede mną stanęły trzy konie. Gdyby nie to, że jeden z nich użył mocy, być może teraz bym tu nie leżał skrępowany, jak nie wiadomo co. Sam nie wiem czego on użył, ale po chwili zrobiłem się senny i padłem tak, jak stałem.
- W końcu się obudziłeś - usłyszałem jakiś głos. Spojrzałem w kierunku rogatego ogiera. Pamiętam go, stał wtedy w tej trójce. Zmarszczyłem brwi.
- Tez się z tego cieszę - odpowiedziałem. - Ale będę jeszcze szczęśliwszy, jeśli opowiesz mi, co ja tutaj ku*wa robię - koń się tylko zaśmiał i machnięciem rogu, który zaświecił, wsadził mi do ust kawałek deski, abym się zamknął. Przygryzłem ją, żeby nie wypluć. Gdy tylko będę miał okazję, wystarczy przegryźć liny, ale teraz muszę się dowiedzieć, o co tu chodzi. Zdrada? Za pewnie tak.
- Dowiesz się w swoim czasie.

<Vena?>

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Od Phanthom'a CD Veny ~Event

Zbliżała się noc. nie byłem pewny co do pozostawienia samej klaczy, ale może mój instynkt się mylił? Nie wiem. Ale nie chciałem się też naprzykrzać jej partnerowi, nie znam go, a znając życie, zazdrosne samce są na prawdę agresywne - bynajmniej ja nie spotkałem spokojnego. Ja sam nie wiem jakbym się zachował i raczej szybko się tego nie dowiem.
- Wrócę do siebie - pożegnałem się z klaczą. Gdy tylko wróciłem do siebie, nie miałem ochoty na latanie. Nie wiem czemu. Czułem dziwne uczucie, że wkrótce coś się stanie. Aby pozbyć się tego, zamknąłem oczy i zasnąłem, okrywając się skrzydłami i chroniąc przed zimnym powietrzem, które wlatywało do środka.
~~~
Wszystko płonie... wszystko. Nawet my ... Nie licząc Ich, my płoniemy żywym ogniem. Stoję na środku lasu, a wokół mnie trwa wojna. Najpierw rozwalają większe tereny, potem zjawiają się na obok nas. Nie jestem niczego świadomy, gdy nagle nas atakują. Młodzi uciekają, dorośli walczą... ale my przegrywamy. Jest ich więcej, są silniejsi, a my... giniemy. I ja zaczynam uciekać. Biegnę ile sił w kopytach, aż dobiegam do innego lasu. Wszystko nagle znika, panuje ciemność. Widzę tylko Ich. Staram się robić uniki, ale coś jakby mnie spowalnia. Nie mogę się nawet porządnie poruszyć. Moje ciało przegrywa z samym sobą. Czuje ból, okropne pieczenie. Czuje zapach krwi, a gdy podnoszę skrzydła do twarzy, widzę szkarłatną krew. Zaczynam krzyczeć, chce uciekać, ale nie mogę. Coś mnie trzyma przy ziemi, gdy nagle nie dostaje czymś w głowę. Upadam na ziemię i widzę kopyto . Podnoszę, a raczej przechylał łeb. Ktoś mi w tym pomaga, ciągnąc mnie za grzywę. Przede mną pojawia się ich władca, którego imienia, albo chociaż pseudonimu nie mogę sobie przypomnieć. Pluje we mnie, a ja czuję, jakby był to kwas. Rzuca mnie o ścianę i wtedy... wszystko jaśnieje. Mogę poruszać ciałem, mam nad nim całkowitą kontrolę. Zaczynam biec, aby uciec od niego. Aby jednak przeżyć, ale nic nie widzę. Wszędzie jest ciemno, a on biegnie za mną. Przede mną pojawiają się inni, a ja zmieniam swoją trasę. Widzę ciała moich braci i sióstr, ich krew leżała na ziemi, gdy martwi leżeli na polu bitwy, a ja próbowałam uciec. Zaczynam czuć do siebie nienawiść, że nie mogłam nic z tym zrobić. Dalej biegnę ile sił w nogach, ale coś zaczyna mnie ciągnąć do tyłu. Odwracam głowę i widzę ich całe wojsko, które mnie goni. Potykam się o własne nogi i uderzam twarzą o kamień...
~~~
Dopiero gdy otwierasz oczy, uświadamiasz sobie, że to tylko sen, prawda? I ze mną tak samo było. Nie mogłem się pozbyć tej okropnej myśli...

<Vena? Brak weny>

niedziela, 18 grudnia 2016

Od Phanthom'a CD Veny ~Event

Nie byłem przekonany co do przyjęcia rozbitków. Nagle tak z dnia na dzień pojawiają się konie z morza i proszą nas o pomoc... niby normalne, ale ja miałam dziwne przeczucia. Ale co ja będę się kłócił z przywódczynią czy z kimkolwiek innym? Nie będę się w to wtrącał i nie będę mówił nic o swoich podejrzeniach. Po prostu im nie ufałem i tyle, a to wszystko według mnie było jakieś naciągane... czy prawdziwi marynarze, czy jak oni się tam nazywają, nie idą normalnie gdzieś na targ i nie radzą sobie sami? Tylko proszą o pomoc byle jakie stado? Ta... można to uznać za normalne, nawet ja bym się pomylił, ale nauczyłem się, że czasem lepiej jest też posłuchać się swojego instynktu. Czasem on ma racje, ale w tej chwili jakie to ma znaczenie? Jedynie mogłam iść z Veną, żeby jej nic nie zrobili. Ta, niby jestem takim egoistą, ale w końcu jest członkinią stada, do którego należę, a do tego jako jedyna się do mnie na razie odezwała. A co, jeśli jej się coś stanie? I nie chodzi mi o nią samą, czy moje poczucie winy - takowego nie mam - ale o to, że jeśli jakimś cudem to wszystko przeżyjemy, a ktokolwiek się dowie, że miałem jakieś przypuszczenia dotyczące tego wszystkiego i nie pomogłem martwej klaczy, nie wiadomo co się stanie. Wyrzucą, skażą na śmierć? Nie wiem, nie ważne. teraz trzeba mieć się na baczności.
Zaprowadziliśmy przybysza do jaskini klaczy, gdzie to leżał jeszcze jeden koń. Nie znałem go. Może to kolejny rozbitek, potrzebujący pomoc? Jeśli tak, to widzę, że Vena chce się zabawić w schronisko dla nich. Nie ważne, ja nie mam zamiaru się w to wszystko mieszać, póki nie dostaną osobnego rozkazu od dowódcy. Jednak kazało się, że to nie bł kolejny rozbitek. Owy ogier natychmiast zażądał wyjaśnień od klaczy, ale jakoś spokojnie. Vena mówiła do niego Wolf.

<Vena? Niech będzie>

czwartek, 15 grudnia 2016

Od Phanthom'a CD Veny

Po jej słowach zatrzymałem się i spojrzałem na nią obojętnym wzrokiem. Skinąłem głową.
- Jak wolisz, mi to nie będę przeszkadzać - powiedziałem i chwile stałem w miejscu. Inni uważają patrzenie w gwiazdy za nudne, tak jak uważam nudne łowienie ryb. Siedzisz, nic nie robisz, tylko czekasz, z gwiazdami jest tak samo, ale tutaj podziwiasz ich piękno. Mało mnie obchodzi co inni sądzą na temat mojej rozgrywki dotyczącej nocnego niebo i małych migocących kulek.
Klacz po chwili dołączyła do mnie i zacząłem ponownie kierować się w stronę jeziora. Szedłem pierwszy, Vena obok mnie, nieco z tyłu. Milczeliśmy, co w sumie mi nie przeszkadzało. Uwielbiałem cisze i spokój, a tym bardziej podczas której mogłem cieszyć się świstem chłodnego wiatru, i nocnej muzyki, jaka teraz grała - sowy w lesie, świerszcze w trawie, żaby na jeziorze. Gdy dotarliśmy do brzegu zatrzymałem się. Vena stanęła obok mnie i patrzyła na taflę wody.
- Często patrzysz w gwiazdy? - zapytała, na co skinąłem głową.
- Chyba codziennie, gdy mam taką możliwość - stwierdzić podnosząc głowę do góry. Gwiazdy pięknie oświecały cały ten teren, a woda od ich blasku aż migotała. Zamoczyłem po chwili łeb w chłodnej wodzie i napiłem się. Miałem zamiar zaraz wracać i się nieco przespać. Powoli sen do mnie docierał chcąc mnie całkowicie zabrać w swe objęcia, ale ja dalej twardo trzymałem się na kopytach. Gdy podniosłem łeb, spojrzałem na klacz, która przyglądała się zbiornikowi wodnemu. - Ja będę już wracał - oznajmiłem.

<Vena?>

środa, 14 grudnia 2016

Od Phanthom'a cd. Veny

Spojrzałem na to, co klacz pokazywała łbem, czyli na swoje skrzydła. Spojrzałem na lewe, lekko je wyprostowałem przyglądając mu się. Chwalić? Nie uważam, żeby się nimi chwalić, chociaż miała rację. Przynajmniej nie zwracała uwagi na moje krótkie kopyta, przez co większość ogierów była ode mnie większa, czasem nawet zdarzały się takowe klacze, ale wśród nich nie było owej Veny. Zbaczając z tematu, przede mną stała skrzydlata klacz, szczupła. wyglądała na prawdziwą królewną pannę, która poruszała się z gracją. Maść trudno było określić, brązowy, łaciaty, siwy, biały... powiem, że było "kolorowa". Miała długą, dwukolorową grzywę i ogon, gdzie grzywa opadała jej na uczy.
- Można tak powiedzieć - stwierdziłem po chwili odwracając się w stronę klaczy, która dalej przyglądała się moim skrzydłom. Dopiero gdy lewe całkowicie złożyłem, Vena spojrzała na mój łeb. - Ważne, ze nie działa na nie żaden silny wiatr - stwierdziłem, a na jej pysku pojawił się jakby cień uśmiechu. Wydawała się miła i przyjazna, ale nie rozmyślałem długo nad jej charakterem, bo po co? Teraz jedyne co było dla mnie ważne, to ta noc. Piękna jak zawsze...
- Żaden? - podniosłam brew do góry, na co skinąłem głową.
- Może z huraganem nie dałbym rady, nie miałem jeszcze z tym styczności - po tych słowach się odwróciłem i zacząłem iść w kierunku wody. Dopiero po paru krokach zatrzymałem się i odwróciłem w stronę klaczy. - Jeśli pozwolisz, oddalę się do jeziora. Chciałbym jeszcze chwilę popatrzeć w gwiazdy - nie czekałem na jej odpowiedź, tylko ruszyłem przed siebie. Zawsze uważałem, żenad taflą wody nocne niebo jest jeszcze piękniejsze, niż to mogło być możliwe.

<Vena?>

wtorek, 13 grudnia 2016

Od Phanthom'a Do Kogoś

Z każdym krokiem towarzyszył mi stukot kopyt. Góry były piękne, jednak wspinaczka po nich bardzo ryzykowna. Wspomagałem sobie co jakiś czas skrzydłami, aby nie zlecieć w dół. Moim celem był czubek tej góry, który był schowany w chmurach. Chciałem zobaczyć jak to wszystko wygląda z tamtego miejsca. Zbliżał się właśnie zachód słońca, także widok będzie powalający. Przynajmniej mogę tak stwierdzić po zwykłych lotach, gdy to zazwyczaj wzbijałem się powyżej chmur podczas zachodu i widziałem przepiękne kolory. Teraz je ponownie chciałem zobaczyć, ale ze szczytu góry. Nie wiem, czy widok będzie inny, raczej taki sam. Ale zamarzył mi się mały trening wspinaczki.
Byłem już na szczycie, a widok niczym się nie różnił. Ale był tak samo równie przepiękny. Zasiadłem na jakiejś skale i przyglądałem się zachodowi słońca, aż zrobiło się całkowicie ciemno, a niebo zostało zasiane w gwiazdach. Tym razem nie schodziłem z góry jak ziemski koń. Wstałem i rozprostowałem skrzydła. Stanąłem dumnie i zatrzymując się na krawędzi, wzniosłem się w górę, po czym poszybowałem w dół. Zacząłem lecieć po niebie, prostą linią, w niewiadomym kierunku. Nie miałem zamiaru tak szybko iść spać. Miałem ochotę na zwykły lot, wśród miliona gwiazd w blasku księżyca. Tereny z takiej wysokości wyglądały o wiele lepiej i zdawało się, że są mniejsze, a całe stado nie ma licznych terenów. Ale to tylko pozory z lotu ptaka.
I tak mijały sekundy, za sekundami minuty, a za minutami godziny. Wystarczyły dwie i już zatrzymałem się nad małym jeziorkiem. Nie znałem nazw terenów, nie wiedziałem gdzie które się znajdowały. To dopiero mój drugi dzień w tym stadzie i nie zdążyłem się zapoznać ze wszystkim. Jedynie poznałem przywódczynie i tyle. No i znalazłem dom na jednej z chmur, ale to już co innego. Teraz na własną rękę zwiedzam tereny, a w tej chwili znajdowałem się na jakiejś polanie, przy której było ogromne jezioro. Światło z nieba odbijało się w wodzie, co wyglądało naprawdę pięknie. Ugasiłem swoje pragnienie chłodną wodą, namaczając jedynie pysk. Gdy się napiłem, spokojnym krokiem ruszyłem wzdłuż całego tego zbiornika. Nie wiem po co, może chciałem sprawdzić, jakiej jest długości? Może i tak. Woda co jakiś czas się poruszała, ryby w niej jak i wiatr wywoływały maleńkie fale, które poruszały odbiciem gwiazd. Uważnie obserwowałem ruch wody jak i światła oraz to, co znajdowało się wokół mnie. W nocy nie wiele można zobaczyć, ale moje oczy nie tylko się przyzwyczaiły do ciemności, to do tego księżyc w pełni oświetlał cały ten teren, tak więc jedynie nie dostrzegałem szczegółów. Oprócz jednego. Jakiś wielki ptak, może orzeł zaczął dziwnie się kręcić po niebie, by po chwili wylądować na ziemi z hukiem. Było jednak za duże jak na orła, tak więc zaciekawiony poszedłem w stronę wylądowania tego czegoś.
Tym czymś okazał się koń. Miała tak samo jak ja skrzydła i jakoś na oko była tego samego wzrostu co ja, może milimetrowo mniejsza. Jednak jej skrzydła były jedynie połową moich. Leżała na ziemi z zamkniętymi oczami. Na początku myślałem, że zrobiła sobie coś podczas tego lotu, może coś ją zaatakowało, jednak nie widziałem żadnej rysy, zadrapania czy czegokolwiek na jej ciele. Może straciła koncentracje? Ale co teraz? Leżała nieprzytomna na trawie, a ja stałem nad nią i nie zbyt wiedziałem co począć. W końcu mogło jej się coś stać, a serca z kamienia to ja nie mam, prawda? Chociaż czasem mnie bawi czyjś wypadek...
Jej kopyto się poruszyło, gdy tylko pyskiem trąciłem jej łeb. Potem pomału otworzyła oczy, a ja minimalnie się odsunąłem, aby niczego sobie nie pomyślała. Spojrzała na mnie i automatycznie wstała. Trochę jęknęła, a jej ciało lekko drżało, ale tak czy siak wstała pewnie.
- Kim jesteś? – zapytała. Dwa dni i nikogo nie poznałem, nikt mnie nie widział. To pewne, że mogłem jej się wydać kimś obcym.
- Dwa dni temu dołączyłem do tego stada. Nazywam się Phanthom – przedstawiłem się uważnie jej się przyglądając. – Ale mów mi Tom – dodałem od razu, gdyż nie przepadałem za moim długim imieniem. Wolałem zwykłe Tom, jak w tamtych czasach. Przez chwilę milczała, jakby trafiła w głowie moje słowa. – Dlaczego wylądowałaś z takim hukiem na ziemi? Coś cię zaatakowało? – zapomniałem zapytać o jej imię, ale to za pewne samo się zaraz wyda. Do tego nie zbyt mnie interesowało co jej się stało, ale w końcu kultura wypada, prawda?

<Klaczko ze skrzydłami?>

Phanthom - Wojownik

"Ja spadam by rozwinąć skrzydła. Gdy ty spadasz, życzę ci bolesnego upadku, abym miał się z czego pośmiać" 



IMIĘ: Phantom (Tom)
PŁEĆ: ♂
WIEK: 5 lat 3 miesięce
RASA: Pegaz
RANGA: 3
HIERARCHIA: Wojownik
GŁOS: Antek Smykiewicz
MOCE:
- Pirokineza (rozpalanie ognia siłą woli)
- Dominacja Umysłowa (nadawanie swojej woli)
- Energia (pobieranie energii z ciała żywego)
UMIEJĘTNOŚCI:
• Siła: ★★★★★
• Wytrzymałość: ★★★★★
• Zwinność: ★★★★★
• Szybkość: ★★★★★
• Czujność: ★★★★★EKSTERIER:
• Budowa: Dobrze rozbudowany koń o wielkich pierzastych skrzydłach, które można porównać do orlich. Nie jest wysoki.
• Maść: Jasnosiwa.
• Głowa: Niebieskie oczy, na które opada grzywa, ciemnoszare uszy i czarne znak biegnący od oczy pod pysk.
• Grzywa: Krótko, ciemno szara i miła w dotyku.
• Ogon: Ledwo dosięga ziemi, jest tego samego koloru co grzywa. Jest prostu, lekko falowany.
• Nogi: Silne, z ciemniejszymi plamami, nieco krótkie, przez co wydaje się mniejszy od reszty ogierów. Wydaje się, że z kopyt ulatuje czarna magia.
TEMPERAMENT: Uważa na to co mówi i gdzie się znajduje. Robi wszystko, aby nie popaść w żadne kłopoty, chociaż od zawsze uwielbiał łamać przepisy. Jest bardzo uparty i nie spocznie, póki nie dowie się wszystkiego. Tom jest nie tylko strasznym uparciuchem, ale i egoistą. Nie interesuje go nikt inny, widzi tylko czubek własnego nosa. Uważa się za boga i nie znosi żadnych porażek, chociaż umie je przyjmować z godnością. Zna swoje możliwości i nigdy ich nie przecenia, jednak ogier zawsze musi wszystkiego udowadniać. Zawsze, pod warunkiem, że wie co mówi, jest tego świadom i wie, że uda mu się. Jest sprawiedliwy i o dziwo pomocny; chociaż to drugie to rzadko. Ma czasem takie fazy, że jest sadystą i uwielbia patrzeć jak ktoś cierpi. Jednak zdarzają mu się takie wspaniałe dni, że pomoże. Wtedy to czuj się wyjątkowy. Nie wstydzi się niczego. Koń jest strasznie pamiętliwy jak i mściwy. Zrobi wszystko, aby dana osoba dostała za swoje. Jest świetnym strategiem i uwielbia układać plany, które praktycznie zawsze wypalają. Jest dosyć wredny, ale tylko wtedy, gdy kogoś nie polubi. Gdy go zaczniesz poznawać, wyda ci się tajemniczy, zamknięty w sobie jak i wredny. No i oczywiście egoistyczny. Tylko tyle o nim wiadomo, nawet on sam nie wie o sobie nic więcej. Jak się zachowa, gdy odnajdzie drugą połówkę? Nie wiadomo...
RODZINA: Ojca nie znał. Matka umarła ze starości, a starsza siostra Kahloon zaginęła
TOWARZYSZ: ---
PARTNER: ---
HISTORIA: Urodził się w stadzie, które istniało tylko pięć lat. Opiekowała się nim siostra, gdy matka ciągle pracowała na jakichś zleceniach. Ojca nigdy nie poznał. Podobało mu się takie życie, miał dobry kontakt z rodziną, przyjaciółmi, z całym stadem. Aż nadeszła wojna, która zawsze niszczy jeden z klanów. Tym razem to byli oni. Jedni uciekli, a drudzy walczyli do samego końca, aby polec. Wojna ze smokami była niemożliwa. Tom wraz z siostrą zdołał uciec, a jego matka umierała na jego oczach. Miał wtedy tylko dwa lata. Przez rok razem z siostrą zamieszkał w przypadkowo znalezionym stadzie, gdzie Kahloon poślubiła alfę. Niestety po jakimś czasie oboje zniknęli, a stado zostało oddane ich dzieciom. Tom wyruszył na poszukiwanie siostry, ale po dwóch lata błądzenia bez końca, zatrzymał się tutaj, nie tracąc nadziei.
KONTAKT: Pandemonium.