środa, 24 sierpnia 2016

Od Cole'a CD opowiadania Star

Klacz nie wychodziła bardzo długo. Nie wiedziałem czy wyjdzie o własnym siłach czy będę musiał zainterweniować. W końcu odważyłem się i wszedłem. Nie mogę być gorszy od klaczy.

****

Wyciągnąłem Star po wielkich zmaganiach z tymi cholernymi terenami. Staliśmy na skraju. Shadow leżała nieprzytomna ja stałem pod drzewem kilka metrów dalej. Uznałem, że jedzenie tutaj trawy może mieć jakiś ukryty chaczyk, więc sobie odpuściłem. Miałem nadzieje, że klacz niedugo oprzytomnieje, bo nie miałem ochoty sterczeć tu cały dzień. Koniec końców po jakiś 15 minutach zaczeła otwierać oczy. Podszedłem wolnym krokiem do niej.
- Nie musisz mi dziękować skarbie- powiedziałem pół żartem, pół serio
Star tylko coś tam burknęła i powoli zaczeła wstawać. Nareszcie. Pomyślałem.
- Odprowadzić panią?- spytałem z nutką żartu w głosie
Klacz uśmiechnęła się ni to złośliwie ni to sarkastycznie i wyminęła mnie z dumnie uniesioną głową. Poszedłem w ślad za nią. Chyba zaczynałem lubić te klacz.
Szliśmy przed dłuższy czas w ciszy. Myślałem jakby tu zacząć jakaś konstruktywną rozmowę. W końcu przecież nie spytałem Star co się wydarzyło na Bagnach.
- Co tam się właściwie wydarzyło?- spytałem i spojrzałem na Shadow
Star?

niedziela, 21 sierpnia 2016

Balladyna odchodzi!

"My friends never die'' ~By Me
Balladyna | Morderca | - | sandradym

Powód: Moja decyzja... nie mam pomysłu do niej

sobota, 20 sierpnia 2016

Od Liama - "Ciężka Śmierć"

Obudziłem się następnego ranka. Pożegnałem się z Veną i Primą. Oczywiście nie były świadome moich zamiarów. O tym co chciałem zrobić wiedział tylko Cole. Ale i tak miałem wrażenie, że inaczej jak w liście nie wyraziłbym tego. Nie umiałbym mu tego powiedzieć prosto w oczy. Powstrzymałby mnie. Dlatego wstałem wcześnie rano. Mój brat nie mógł mnie powstrzymać. Był potrzebny tutaj. Zostawiłem wszytko tak jak leżało. Wyszedłem przed jaskinię. Panował jeszcze mrok. Niebo było w delikatnych odcieniach granatu i szarości. Już dało się słyszeć pierwsze ranne ptaszki. Westchnąłem tylko. Dzisiaj miała być pełnia. Do nocy trzeba było znaleźć tego padalca. Wzbiłem się w powietrze. W oddali usłyszałem przepełniony goryczą krzyk. Cole. Pomyślałem. Odwróciłem łeb. Stał tam wraz z jeszcze jakimś koniem. Vena? Tą maść zawsze poznam z daleka. Pewnie poszedł do niej z listem. Jednak ani Cole, ani Vena nie polecieli za mną aby mnie zatrzymać. I dobrze. Musiałam załatwić to sam.

***

Stanąłem przed bramą Zaświatów. Tam pewnie będzie Death. Jednak.... Nie mogłem wejść. Owszem czasem jest to utrudnione, gdyż jestem pół bogiem, a nie bogiem, ale nigdy nie było tak abym nie mógł wejść. To pewnie jego sprawka. Zawsze wiedział co robię. Teraz się pewnie ukrywał. Bał się. Nie miałem pojęcia gdzie mógłby być. A on wiedział gdzie jestem ja. Zawróciłem sprzed bramy zaświatów.

Pobiegłem przez Sunny Forest, minąłem Góry Free Moutain. Same góry nie były wielkie i rozległe, więc przebiegnięcie ich u podnóża zajęło mi niecałą godzinę. Teraz wchodziłem na niepewne tereny.
 - Martwe Ziemie.

Czułem uścisk duchów na swoim grzbiecie. Mój płynny galop przeobraził się w ciężki i mozolny kłus. Słyszałem szepty, krew zaczęła mi szybciej płynąć w żyłach. Moja wędrówka z Zaświatów tutaj zajęła mi dobrych kilka godzin. Nie sądziłem, że tak daleko zajdę. Czułem jak coś oplata mi szyję. Czułem się jakbym miał ciężki łańcuch na szyi, który się cały czas zaciska. Jakiś kilometr przed Mrocznym Zagajnikiem stanąłem. Nie miałem już siły. Moje płuca wypełniało coś dziwnego. Coś co mi bardzo ciążyło. Byłem brudny, spocony i śmierdziałem zgniłą ziemią.
Nie wypełniłem swojego planu! Nie mogłem teraz się poddać. Nie w takiej chwili. Musiałem go znaleźć! Nie mogłem odejść tak żałośnie. Nie w taki sposób. Wiedziałem na co się piszę, ale moja śmierć miała być korzystna dla mnie, Cole'a i całego stada! Oczy zaszły mi łzami. Co ja robię do cholery?! Gdzie jest ten ch*j?! Zacisnąłem mocno oczy. Opadłem na kolana. Zemdlałem.

***

Otworzyłem oczy. Czy ja już nie żyje? Death pewnie dalej urzęduje na Seculorum i kogoś tępi. Jednak! Żyłem! Był późny wieczór. Zaraz będę demonem. Dopiero teraz odzyskałem ostrość widzenia. Zauważyłem, że jestem niedaleko bagien. Lekko zakrwawiony i posiniaczony. Uniosłem łeb. Ujrzałem czarna sylwetkę konia. Niebieskie pióra na końcach! Cole! K*rwa! Ty idioto! Wstałem jak postrzelony. Podszedłem chwiejnym krokiem do brata. Już chciałem coś powiedzieć gdy ten "postrzelił" mnie wzrokiem tym samym uciszając mnie. Pyskiem skinął w las. Zabity zając i ten zakrwawiony pysk. Death. Jadł w najlepsze.
- Co ty tu robisz?!- szepnąłem Cole'owi rozzłoszczony do ucha- Pisałem, że nie masz iść i zostać w stadzie. T A M jesteś potrzebny- dokończyłem
Mój brat tylko spojrzał na mnie. W oczach miał taki żal, złość, determinację... Ach sam nie wiem ile uczuć wyczytałem z tego jednego, głębokiego spojrzenia. Szczerze jego wzrok przeszył mnie od końca uszu, aż po same pęciny. Dreszcz przerwał, ten sam przenikliwy głos. Ojciec się odezwał.
- No nie spodziewałem się - zaszydził i jadł dalej w najlepsze - Dwóch, moich - zaznaczył to słowo - synów razem. Twarzą w twarz ze mną. Liam- odezwał się. Zastrzygłem uszami na to jedno słowo- Nie spodziewałem się tego po tobie. Ty przeciwko mnie? I jeszcze wciągnąłeś w to swojego brata. Nie ładnie. No cóż. To zginiecie obaj!- dokończył i podniósł swoje czerwonokrwiste, przepełnione nienawiścią oczy
Księżyc w pełni wzbił się wysoko na granatowe niebo, usłane gwiazdami. Ja z Cole'em wymieniliśmy jeszcze jedno spojrzenie. Było to pożegnanie.
Nie pamiętam co się stało potem. Minusem mojej bestialskiej mocy było to, że nie odczuwałem bólu, którym przychodził dopiero rano oraz nie pamiętałem nic co się stało. Wiedziałem tylko, że trzy bestie stanęły do boju przeciwko sobie.

Rano obudziłem się ledwo żywy. Miałem potężne obrażenia. Ledwo uniosłem łeb. Odczułem momentalnie taki ból, że myślałem, że moja czaszka zaraz eksploduje. Death leżał martwy kilka metrów dalej. Nie wiem co odczułem. Ulgę? Radość? Smutek? Niedaleko ujrzałem umięśniona sylwetkę karego pegaza - Cole. Nie byłem już w stanie nic zrobić. Dobrze, że Cole przeżył. Co prawda miał na pysku dosyć sporą, głęboką ranę. Zostanie blizna. Na klatce piersiowej również była rana. Nieduża, ale obficie ubrudzona zaschniętą krwią. Na nogach chyba też coś miał. Nie widziałem już tak dobrze. Powieki same mi się zmykały. W klatce piersiowej i na brzuchu odczuwałem ból nie do opisania. Oddech przez to stał się krótszy i płytszy. Brat podbiegł do mnie kuśtykając.
- Lee...- westchnął
Nie był w stanie nic innego powiedzieć. Głos mu się łamał, a łzy napływały do oczu. Nie widziałe już tego, ale znałem go na tyle, aby wiedzieć. Ważne, że był przy mnie i nie umierałem w samotności, obok zwłok Death'a.
- Przepraszam- szepnął po chwili, a jedna z jego łez skapnęła na moja szyję
To było ostatnie co poczułem.


~Liam odszedł tak samo jak Death. Bóg Śmierci już nikomu nie zagrozi. Nowym Przywódcą zostaje Cole - brat Lee. Stary Przywódca (Liam) zostaje nowym bogiem - Wiary, Wytrwałości i Przyjaźni.

Dragon Queen & Halt odchodzą!

Commission :: Winter Royalty by SilverSummerSong
"Ciągniemy nasze krzyże w nadziei, że dotrwamy do następnej nocy. Niesiemy nasze odważne serca w obietnicę nowego dnia. Z miłością: namiętnym poszukiwaniem prawdy innej niż nasza. Z pragnieniem: czystą, niewysłowioną tęsknotą za zbawieniem. Bo dopóki los czeka, żyjemy dalej. Niech nam Bóg pomoże. Niech nam Bóg wybaczy. Żyjemy dalej." ~Shantaram, Georgy David Roberts
 Halt | Szaman | - | 0 | Komunia03

CHARACTER = Ophelia The Forsaken by Eagle-Cry-Designs
"Kiedy ubierają cię w słowa, których nie znasz, nie musisz im wierzyć - wystarczy że znasz siebie."
 Dragon Queen | Zwiadowca | - | 0 | Komunia03 

 Powód: Decyzja właściciela, tworzenie nowej postaci, brak pomysłu na te postaci

Od Star CD opowiadania Cole'a


          -Oj nie ładnie zakradać się w takie miejsca-odezwał się ktoś za mną
Z lekkim zdziwieniem spojrzałam w stronę z której dobiegł mnie głos ogiera, ale kiedy zobaczyłam ten charakterystyczny uśmieszek Cole’a moja twarz przybrała swoją normalną obojętną postać.
-I co, dostanę karę?- odpowiedziałam spoglądając na Cole’a podnosząc jedną brew
W tej samej chwili gdzieś w oddali, w głębi mrocznej plątaniny roślin rozległ się przejmujący płacz i błaganie o pomoc. Odruchowo ruszyłam w tamtą stronę, lecz Cole mnie powstrzymał zagradzając mi drogę.
-To na pewno pułapka.-powiedział poważnie
-Jasne-odparłam szybko-A jak ty byś potrzebował pomocy to nie wołałbyś?
Minęłam samca i z nadstawionymi uszami, podniesioną głową i pełną gotowością pokłusowałam przed siebie. W lesie powietrze było o kilka stopni chłodniejsze, wilgotniejsze i jakieś takie cięższe. Po kilku sekundach lekkiego kłusu miałam już zadyszkę. Miałam wrażenie, że z każdym większym haustem powietrza coraz mniej tlenu dostaje się do moich płuc. W uszach szumiała mi krew, a na szyi poczułam niewidzialne dłonie zaciskające się coraz mocniej. Dusiłam się i zaczęłam panikować. Cole chyba nie wszedł za mną, bo nigdzie go nie widziałam, a od skraju lasu dzielił mnie mały kawałek. Przez te wszystkie rośliny nie miałam dobrej widoczności i dawno straciłam kontakt wzrokowy z pegazem. Do oczu napłynęły mi łzy. Nie potrafiłam wydusić z siebie nawet szeptu. I co? Tak miałam umrzeć? Tak żałośnie? Ponure myśli powoli zjadały moją silną wolę i nadzieję, że się wydostanę. W tej chwili dotarło do mnie, że dlatego nikt się wcześniej nie wydostał z tych ziem. To… To były bagna. Te bagna. Usłyszałam szepty. Krążyły wokół mnie mówiąc coś w innym niezrozumiałym dla mnie języku. Miałam ochotę krzyczeć, wyrywać się, ale niewidzialny cień mocno mnie trzymał. Gdzieś głęboko we mnie tliła się jednak iskierka nadziei na to, że Cole przyjdzie po mnie. Iskierka, którą nie zdołał zgasić brak tlenu i ponure myśli. Ta głupia nadzieja na to, że ktoś mi pomoże, bo… Bo ja jestem za słaba nawet na zadbanie o siebie. Pomyślałam, że Cole miał rację podejrzewając pułapkę. Wzrok zachodził mi powoli mgłą, a ja traciłam siły. Płuca paliły mnie z braku tlenu. 
Dusiłam się…
***
Nagle otworzyłam oczy, wzięłam ogromny haust powietrza, aż się zakrztusiłam. Podniosłam się, a przynajmniej spróbowałam, bo przez moje ciało przebiegł ból od koniuszków uszu po końce skrzydeł. Jęknęłam. Poczułam, że ktoś jest obok mnie.

Cole? Co ty na to? :3

piątek, 19 sierpnia 2016

Od Black Rose

W stadzie znam dwie osoby. Oczywiście Cole'a który zastępuje swojego brata gdy go nie ma oraz Marikę która oprowadziła mnie po terenach. Mało szczególnie pod tym względem że jest około 18 członków. Pobiegłam na plażę w towarzystwie Bunny. Króliczki która towarzyszy mi od... Odkąd moją rodziną stały sie wilki. Uratowałam ją przed śmiercią z łap Silver. No więc stałyśmy sie kumpelkami. Brązowa króliczka zwróciła na mnie swoje fioletowe oczy.
-Co zamierzasz, Rosie? - zapytała.
-Poznać parę osób... Sama wiesz Bunny. Znam jedynie tego Cole'a i Marikę. To trochę mało - westchnęłam.
-To po co idziemy na plażę? - zdziwiła się.
Posłałam jej tajemniczy i nieco diabelski uśmiech. Odpuściła. Jej nie zamieniłam w swoją... Służkę. Traktuję ją jak najlepszą i jedyną przyjaciółkę. Jedynie dla niej jestem miła. Przyśpieszyłam a Bunny jeszcze bardziej kurczowo chwyciła moją grzywę. Wbiegłam na skałę. Z niej miałam widok na łąkę i trochę morza. Wśród trawy stał jakiś koń. Podeszłam do niego powoli pozwalając towarzyszce ukryć sie w kapturze mojego fioletowego płaszcza.
-Kim jesteś? - zapytałam chłodnym tonem.
Ktoś? Ktokolwiek?

Od Liama CD opowiadania Veny

Klacz odprowadziła mnie pod jaskinię. Ciekawe czy widzę ją ostatni raz? Ale nie miałem się o co martwić. Wiedziałem, że sobie poradzi i ma Wolf'a. 
Gdy samica wychodziła jeszcze za nią zawołałem:
- Vena!
Klacz się odwróciła z uśmiechem na twarzy.
- Dziękuje- powiedziałem- Za wszystko- dokończyłem po chwili
Vena tak jakby o czymś wiedziała, a jednak była lekko zdziwiona tymi słowami. Na słowa odpowiedziała uśmiechem i zastrzygła uszami.
Trzy słowa, a mówią wiele. Myślę, że to dobre pożegnanie.

Koniec opowiadania. Liam wyrusza na poszukiwania Death'a.

Od Veny CD Liam

Zauważyłam iż ogier zrobił się ciut zmęczony, w sumie nie dziwię mu się. He, i ten jego tradycyjny uśmieszek.
- Nie jesteś może zbyt zmęczony? - spytałam.
Ogier przewrócił oczami.
- Wcale i w ogóle. - odparł.
- Widzę.
Jak ja go dobrze znałam pod tym względem!
- Lepiej odpocznij. - odpowiedziałam.

 ***

Doszliśmy do zacisznej jaskini ogiera. Była ona bardzo przyjemna.
- Proszę, odprowadzony. - odparłam i się uśmiechnęłam.
- Dzięki.
Na jego pysku pojawił się znów ten uśmieszek.
- Dobranoc. - odpowiedziałam i wyszłam.

Liam? Jak chcesz to dokończ,  ja nie mam już w ogóle pomysłów :^

Od Liama CD opowiadania Primy

Z klaczą było coraz gorzej. Nie widziałem co wpuścił jej do żył, ale na pewno widziałem, że czas to zakończyć. Odwróciłem się w stronę klaczy. Była nieprzytomna, ale wiedziałem, że jest w dobrych rękach. Schyliłem się i pocałowałem klacz w czoło. Wybiegłem z jaskini.

***

Cole.
Zosawiłem mu list w jaskini. Nie było go. Teraz on przejmie dowodzenie. Będzie zły, ale jemu też ulży. Nie miałem nic do stracenia. Nikogo nie stracę, a nikt nie straci mnie. Cole zrozumie. Wmawiałem sobie. Zamknąłem oczy i ruszyłem.

Koniec opowiadania! Liam wyrusza, aby zabić boga śmierci i jego ojca - Death'a.

czwartek, 18 sierpnia 2016

Od Lorgana C.D Mariny

Zostawiłem klacz przy strumieniu, aby rozejrzeć się za drogą, która mogłaby nas stąd wyprowadzić.
Ruszyłem ścieżką wijącą się ku skalistym wzgórzom. Pomiędzy większymi kępami trawy utorowały sobie drogę niewielkie strumyki. Powietrze pachniało zgnilizną. Całkiem inny świat: nie było tu innych barw niż szarość i mdłe, przygaszone zielenie i brązy. To miejsce rzeczywiście budziło grozę. Mnie też ani trochę się tu nie podobało. W końcu znalazłem drogę, która prowadziła prosto na klif. Po paru chwilach już znalazłem się na jej szczycie. Wyczułem coś... Jakąś silną magię... Złowrogą magię... To, co na nas nadciągało, nie przypominało chmury. Była to przepotężna, sięgająca nieba ściana mgły o wodnisto - popielatej barwie.
Muszę szybko odnaleźć Marinę.
W zasadzie nie trzeba było, gdyż to ona mnie odnalazła.
-Lorgan... - zaczęła, lecz tym samy ja jej przerwałem.
-Marina, nadciąga zaklęta mgła! Uciekaj!
Marina zamarła. Jej rozdziawiona mina była jak niemy krzyk przerażenia.
Rzuciłem się w jej stronie widząc, że klacz nic nie robi. Odepchnąłem ją ze szlaku na porośnięty mchem dukt pomiędzy ciągami kolcolistu. Zaczęliśmy biec ile sił w nogach. Marina posłusznie biegła tuż za mną.
Staraliśmy się oddalać od krawędzi mgły, a nie podążać wzdłuż niej. Słyszałem krzyk Mariny. Zorientowałem się wtedy, że ściana szarości wygina się w łuk, omijając zgrabnie wszystkie drzewa, nadciągając prosto na nas. Mierzyliśmy się z bardzo potężną magią.
Wąska ścieżka pod naszymi kopytami nagle się urwała. Wpadliśmy w błoto i torf. Teraz czekał nas już tylko niemy horror.
-Marina - wyszeptałem, z trudem utrzymując równowagę w gęstwinie błota - schowaj się za mną i bądź cicho. - Kiedy na dobre złapałem już pion, pomogłem jej stanąć prosto i przysunąłem ją do siebie.
Kiedyś mój ojciec nauczył mnie kilku dyskretnych zaklęć właśnie na wypadek takich o to sytuacji. Jeden po drugi rozbłysły wokół nas drobne płomyki światła. Ledwie można było je dostrzec, ale to wystarczyło, aby oddalić klątwę od nas. Dzięki temu mogliśmy normalnie oddychać. Nawet takie liche światło oznaczało bezpieczeństwo.
Staliśmy nieruchomo, czekając. Czekając, aż ktoś (może) nas uratuje albo... Aż znajdzie nas to coś kryjące się za tą gęstą szarością.
Jedynym słyszalnym odgłosem były teraz nasze oddechy. Do naszych płuc nie dostało się zaklęcie powietrza, ale sama ta przerażająca cisza wystarczyła, by wariować ze zdenerwowania.
-Bilog Hininga. Magia na naprawdę światowym poziomie. - wydobył się głos z odmętu szarości.
Przypierając Marinę za sobą, zacząłem się obracać.
-Kim jesteś? Czego chcesz?
Nagle z mgły wyłonił się ten oto ogier:

Jego świecące ślepia wzbudzały przerażenie, a z nietypowym umaszczeniem i z mgłą w tle, robił wrażenie. Wyglądał jak prawdziwy posłaniec Boga śmierci.
-Jestem tu, żeby z tobą porozmawiać, lordzie Lorganie. Liczyłem na rozmowę sam na sam, ale chyba jakoś wytrzymam z twoją... Kochanką?
-To nie moja kochanka. - zaprotestowałem. - A teraz odpowiedz mi kim ty jesteś? I skąd znasz moje imię?
-Coś mi się wydaje, że mnie na pewno znasz... Głupi nie jesteś, a więc zapewne domyślisz się kim jestem. Lordzie Lorganie. - Pochylił się w ukłonie, wykreowanym na żart.
Zaklęcie, które wypuściłem w nasze otocznie zostało pochłonięte przez tajemniczego ogiera. Wyprostował się z tryumfalnym uśmieszkiem.
-Graj czysto. Jestem przecież tu sam.
-Nie jesteś sam. Nikt nie dałby rady rzucić w pojedynkę tak potężnej klątwy blokującej. - Grałem na zwłokę, licząc na to, że szybko coś wymyślę, aby nas stąd wyciągnąć.
-No widzisz... Ja jednak dałem radę. Mój ojciec jest świetnym mentorem i nauczycielem tak silnej magii... Szkoda tylko, że twój ojciec nie był, aż tak dobry... Gdyby wtedy dał radę... Nadal byłby tutaj z twoją całą rodziną, a nawet i rodem, a tak to zostałeś sam... Jako ostatni z rodu Hentitów...
Po jego słowach nagle mnie olśniło. To jest jego syn. Syn tego, który zamordował cały mój ród. W tym momencie poczułem jak coś mnie wstrząsa i powoli się uwalnia... Uśmiechnąłem się krzywo, był to bardziej psychopatyczny uśmiech. Nie patrzyłem na nikogo, tylko przed siebie, po czym zacząłem wyraźnie i wolno mówić.
-Czyli, że to ty jesteś synem tego sukinkota? Aha, rozumiem...
Marina, ze strachem, który jej przez cały czas towarzyszył, dygnęła jeszcze bardziej z przerażenia. Wyczuwałem, że jej strach wzrósł.
-Teraz to czas, abym to ja was zaatakował... Wymorduje, wymorduje was wszystkich... Będę patrzył jak wszyscy po kolei krztusicie się krwią i powoli z niewyobrażalnym bólem umieracie... - przechyliłem lekko łeb, patrząc na niego wzrokiem szaleńca. - A kiedy już i ja ciebie dorwę będziesz mnie błagał, abym darował Ci życie, nie, wszyscy... Wszyscy będziecie mnie o to prosić, a ten skurwysyn... - zmrużyłem oczy. - Nikt jeszcze nie dozna takiego piekła jakiemu ja mu osobiście wyrządzę. - ostatnie słowa niemal wysyczałem.
Ogier przez moment patrzył na mnie z zaskoczeniem.
-Zacne plany, ale nie wiem, czy się powiodą... - odpowiedział z równym spokojem. - Tak, czy inaczej jeszcze się spotkamy.
-O to się nie martw, wytropię was, nieważne ile jeszcze was spotkam - znajdę was i zabiję. - spojrzałem mu prosto w oczy.
Ogier spojrzał na mnie z nieodgadnionym wyrazem pyska.
-Żebyś się nie zdziwił... - po tych słowach zniknął, a razem z nim mgła.
Mimo tego wewnątrz mnie targała mną furia, dzięki, której zdołałem swoją mocą  unicestwić bagno, które zaczęło wyparowywać. Zostało po nim tylko obszerne i duże wgłębienie w ziemi.
-Lo - Lorgan... - wyjąkała nadal sparaliżowana strachem Marina.
-Musimy ruszać dalej. - odpowiedziałem przerażająco spokojnie. - Jeżeli nie będziesz chciała to pokażę Ci powrotną drogę do stada.
(Marina?)