sobota, 17 grudnia 2016

Od Death Angel- Wojna, cz.3 "Ostateczna walka"

Doszłam do Death'a. Spojrzałam na niego, na całe rzesze demonów i... Coś we mnie drgnęło. Przemieniłam się w normalną siebie. Z bezmyślnej demonicy zmieniłam się w klacz. Pegaza, który jak każdy ma uczucia. Odetchnęłam i podbiegłam do ojca.
- Ne cassez pas moi, le diable créé à partir du feu de l’enfer ! - wrzasnęłam. Znaczyło to mniej więcej <<Nie złamiesz mnie, diable, stworzony z ognia piekielnego!>>.
- Pleurez pas my enfant, perdu dans ce monde! - odpowiedział <<Nie płacz me dziecię, zagubione w tym świecie!>>.
- Ne faites pas semblant, vous le traître! - <<Nie udawaj, zdrajco!>>.
Z płaczem, najszybciej jak umiałam, wróciłam na tereny stada. Wpadłam na Cole'a.
- Co się stało, kochanie?
- Nic, skarbie.
Pobiegłam dalej. Wleciałam do mej starej jaskini. Usiadłam w kącie. Zaszlochana, zasnęłam.

***

Obudziłam się. Rozejrzałam i uświadomiłam sobie, że nie byłam w domu. Byłam w siedlisku demonów. Otoczyły mnie i z pogardą się uśmiechały. Skrzywiłam się. I nagle... Przypomniałam sobie o mych zdolnościach. Zmieniłam się w iskrę i jako płomyczek uciekłam demonom. Och, wolności moja! Czułam się tedy wolna, bezpieczna, ale to tylko pozory. Poczułam, że niknę. Tak, zgasili mnie. Przemieniłam się w siebie. Westchnęłam.
- Wracamy! Do Death'a.
- W życiu, i***ci!
Rzuciłam się na jednego z demonów. A reszta rzuciła się na mnie. W końcu udało mi się jednego z nich zabić. Zabrałam się za drugiego. I w rezultacie dostałam młotem w łeb. Zakręciło mi się w głowie. Cofnęłam się o kilka kroków i upadłam. Niczego nie widziałam, no...., oprócz ciemności.

***

Znalezione obrazy dla zapytania demony-wilkiZnalezione obrazy dla zapytania demony-wilkiPo ponownym odzyskaniu świadomości, próbowałam wyzwolić się z ich oślizgłych łapsk. Pilnowały mnie demony-wilki. Nie miałam szans na ucieczkę.
Zrezygnowana westchnęłam. Aż usłyszałam krzyki. Na wilki rzucili się wojownicy z mego stada. Ujrzałam Wolf'a, Cole'a i Marikę. Chciałam im pomóc. Podbiegłam do grupki i rzuciłam się na jednego z demonów. Po chwili padł. Rozejrzałam się.
- Angel! - to Melody wołała o pomoc.
Natychmiast do niej podbiegłam. Walczyła z trzema demonami-końmi. Wzięłam się za dwa, a jej zostawiłam jednego.
Długo walczyliśmy. Jeden padł. Został jeszcze drugi. Oberwałam od niego w szyję. Upadłam, przeważył mnie. Zaczął mnie dusić. Przyduszać, bolało. Brakowało mi tchu, tlenu. Nie mogłam oddychać. Z pomocą przybiegła Vena. Poderżnęła mu gardło. Upadł. Na pamiątkę, odcięłam mu zakrzywiony róg. Założyłam go za ucho i wróciłam na pole bitwy. Długo trwały walki, och... Bardzo, naprawdę bardzo długo. A gdy już się skończyła, liczyliśmy swoich. Miałam szramę nad okiem i kulałam na prawą, przednią nogę. Ale przynajmniej tyle, że wszyscy, a przynajmniej chyba wszyscy z naszych, żyli. Zdjęłam róg. Gdy wróciliśmy do domu, włożyłam go do mojej szkatułki na skarby.

THE END

piątek, 16 grudnia 2016

Od Death Angel CD Mariki

Lepka, ohydna maź rozpłynęła się w mych ustach. Klękłam i jęknęłam z bólu. Errege delikatnie się uśmiechnął i położył kopyto na mym ramieniu.
- Dasz radę. Musisz, kochanie.
Spojrzałam na Cole'a. Jednak ten nie raczył skierować ku mnie wzroku. Po policzku poleciała mi łza.
- Co się stało, skarbie? - spytał Err.
Wstałam i z kamienną twarzą odpowiedziałam:
- Nic.
- A jakiś szacunek do partnera!? - ryknął mój ojciec z tronu.
- Nic, kochanie - powtórzyłam. - Nic mi nie jest. Ale pozwólcie mi podejść do mych przyjaciół.
- Pozwalam ci na spędzenie z nimi całego dzisiejszego dnia - powiedział Death. - A potem.. A potem się zobaczy...
Pokiwałam głową i zbiegłam w dół po schodach. Ciągle się potykałam, raz nawet upadłam. W końcu doszłam do przyjaciółki i partnera.
- Marika! Cole! - przywitałam ich.
Uściskałyśmy się z klaczą. Przytuliłam się do samca.
- Kocham cię - powiedziałam cicho.
- Ja ciebie też - odpowiedział szeptem.
Marika delikatnie się uśmiechnęła.Cieszyłam się, że byłam wśród swoich. Odsunęłam się od partnera. Wyszliśmy z okropnego, wielkiego pomieszczenia. Gdy przechodziliśmy przez tłum, wzrok miałam wbity w ziemię. Nie chciałam patrzeć na moich poddanych.

Mari?

Plutonis O'hara - Mag

"To-day we learn that really we've been dead and hell the whole time."



IMIĘ: Jego prawdziwe imię było zdecydowanie zbyt długie i bezsensowne. Zostało skrócone przez posiadacza do samego Plutonis O'hara. Czasem nazywany Pluton.
PŁEĆ: ♂
WIEK: 23 lata 0 miesięcy
RASA: Skrzydlaty Jednorożec
RANGA: 3
HIERARCHIA: Mag
GŁOS: Rag'n'Bone Man
MOCE:
• Manipulacja głosem połączona ze zmianą wyglądu. Wystarczy, że widział czy słyszał daną osobę co daje mu możliwość chwilowej(zwykle nie dłużej niż godzina) zmiany barwy i tonu głosu czy też zmienienia aparycji. Póki co zdolność nie obejmuje zmiany postaci w płeć przeciwną, ale nadal się uczy.
• Hipnoza. Chyba nie wymaga tłumaczenia?
UMIEJĘTNOŚCI:
• Siła: -
• Wytrzymałość: ★
• Zwinność: ★★★
• Szybkość: ★★
• Czujność: ★★★★★
EKSTERIER:
• Budowa: Wiele razy określana jako kobieca. Choć sam uważa, że to dosyć obraźliwe dla klaczy. Wiele z nich jest o wiele bardziej umięśniona i silniejsza od niego. W oczy najbardziej rzucają się ogromne, rozłożyste skrzydła, zakrywające większą część jego ciała. Niestety nigdy nie były przydatne. Pluton nie potrafi latać.
• Maść: Kara, kruczoczarna, jak smoła. Brak jakichkolwiek przebarwień.
• Głowa: Dziwnie masywna, nie adekwatna do reszty ciała. Długie uszy, zawsze skierowane w tył zostały osadzone nisko za rogami. One same stanowią chyba najbardziej charakterystyczną cechę ogiera. Określane jako krzywe, ostro zakończone, typowo w kolorze kości słoniowej. Ahh... te oczy, w których można dojrzeć całą prawdę. Jednak nie tym razem. Są białe, pozbawione jakichkolwiek emocji.
• Grzywa: Średniej długości, barwy takiej samej jak cała reszta jego ciała. Delikatnie pofalowane pasma już dawno straciły źrebięcą delikatność. Z upływem lat i czasu stały się szorstkie, wysuszone i brudne.
• Ogon: W znacznie gorszym stanie, niż grzywa. Bez problemu dosięga ziemi przez co kondycja włosia znacząco osłabła. Często też końcówki ubabrane są błotem.
• Nogi: Niezwykle smukłe i lekkie. Pozwalają na ruchy pełne gracji. Nie pomagają w bieganiu, lecz dzięki nim jego zwinność rośnie. Są istotną cechą, którą można zauważyć przy jego swoistym chodzie. Z łbem zawsze zadartym do góry stąpa subtelnie, do samego końca kontrolując każdy krok. Często określany jako przesadzony i sztuczny.
TEMPERAMENT: Obraz jaki rzuca się od razu po pierwszym spotkaniu z O'harą to typowy dziwak, który nie zbyt dużo mówi, nie lubi spotykać się z innymi i w sumie raczej nie zaplanujemy kolejnego spotkania. W sumie nie odbiega to od prawdy, ale ogier ma zdecydowanie więcej do zaoferowania niż myślisz. Co prawda, nie jest gadułą. Rozmowy na przyziemne tematy nie specjalnie go interesują, choć z grzeczności czasem rzuci przeciętnymi zdaniami. Zdecydowanie wolałby przeprowadzić konwersacje o czymś ważniejszym, ale po pierwsze; nie potrafi dzielić się swoim zdaniem. Spędza długie godziny na rozmyślaniu, a kiedy przyjdzie co do czego nie umie przekazać tego co ma na myśli. Po drugie; jest okropnie nietolerancyjny i jeżeli wyrobił sobie już zdanie na jakiś temat to będzie stał za nim murem, a nie jest kimś kto lubi zachowywać kulturę w kłótni. Może się nawet świat walić. Nie ustąpi. Skoro już przy stosunkach z innymi jesteśmy warto wspomnieć, że nie odnalazł swojego poczucia humoru. Bywa, że wymusi jakieś pojedyncze uśmiechy, ale nic specjalnie go nie cieszy.
Zdecydowanie najbardziej sprawiedliwy i prawdomówny koń jakiego spotkałeś. Został tak wychowany i za nic w świecie nie zrozumie dlaczego inni nie potrafią być tacy sami. Na szczęście nie jest naiwny. Nie ufa pierwszej lepszej osobie i nie dzieli się z nią swoimi sprawami.
Nie jest odważny, ale żaden z niego tchórz. Woli kalkulować co jest opłacalne i ma prawdopodobieństwo powodzenia, niż ślepo pchać się na pewną porażkę by udowodnić swoją wyższość. Nie można zaprzeczyć jednak, że kocha wygrywać, a jego ego już dawno przerosło skalę.
Uważa się za inteligentnego i sprytnego, choć zna swoje słabości i wie ile jeszcze mu brakuje.
Ma w sobie swego rodzaju duszę artysty. Kocha napawać się pięknem, jak i jego przeciwieństwem otaczającym go z każdej strony. Uwielbia wsłuchiwać się w leśną muzykę, szum oceanów, czasem samemu coś podśpiewując.
RODZINA: Czas wymiótł z jego pamięci nazwiska.
TOWARZYSZ: -
PARTNER: Szczerze, pomimo swojego wieku nigdy nie oddał komuś swojego serca. Nie dokładnie rozumie czym jest miłość i na czym polega.
HISTORIA: Urodzony gdzieś wśród mroźnych gór północy. Ojca nigdy nie poznał. Zwiał dawno przed narodzinami. Matka wychowała go samotnie. Nigdy nie należeli do stada, co odbiło się na charakterze i stylu życia ogiera. Mimo dobrych lat spędzonych z rodzicielką, każdego w końcu czeka koniec. Takowego doczekała się i ona. Zmarła jako ofiara polowań. Trzy letni już Plutonis w szacunku postanowił do końca wędrować już po świecie jako samotnik. Przeszło dwadzieścia lat minęło na potyczkach z outsiderami takimi jak on, walce o życie, przemyśleniach i znoszczeniu swojego własnego ja. Do teraz.
KONTAKT: Pasztecik

czwartek, 15 grudnia 2016

Od Veny - Walka ostateczna

Jak kończy się ta wojna z istotami z niezwykłymi zdolnościami? Sama nie wiem... liczy się tu i teraz. MY - nasze stado. Moje życie. Moi przyjaciele. Mój Wolf. Natomiast woj­ny zaczy­nają się, kiedy chcesz, ale nie kończą się, kiedy prosisz. Ale aby ją zakończyć trzeba walczyć do końca - taki ja mam zamiar.

~*~

Dzień ostateczności. Nikt nie zna losów tej wojny, a przygotowania trwają. Widziałam jak Caleb, Naix obmyślali strategię. Mieli swój rozpis na pergaminie, a na nim wypisane strategie wojenne; między innymi jak i kiedy mają postępować wojownicy i jak mają się ustawić. Wraz z nimi był Chico Fuego del Inferno i Galant, którzy jako zwiadowcy mieli sprawdzić poszczególne tereny.
Gdy przechodziłam polaną dostrzegłam Marikę oraz resztę morderców; wypowiadała się na temat demonów i zjaw, które będą na nas czychać. Uważnie słuchali wszyscy; wśród tego zbiorowiska dostrzegłam... Wolfa! Jak ja dawno go widziałam... miałam ochotę tam do niego podejść, przytulić, ale akuratnie był to zły moment. Ogier rozglądnął się i mnie zobaczył; ucieszył się niezmiernie. Wstał nagle i pognał w moją steonę nie zważając na innych.
- Vena! - wbiegł we mnie z taką siłą, że spadliśmy.
- T.. tak. - powiedziałam. Przez ostatnie tygodnke straciłam już nadzieję.
Ucałował mnie.
- Demony chciały mną manipulować. Były okrutne; jeden cię nawet oczerniał...
- Co mówił? Skrzywdził cię? - byłam zdenerwowana.
- Nie... tylko trochę. Ale proszę cię, nie mówmy o nim. Chciał przeciągnąć mnie na swoją stronę; była to klacz mówiąca, że nie... jesteś mnie wart.
Zasmuciłam się.
- Jeśli to prawda to...
- To nie jest przecież prawdą! Nawet tak nie myśl. - powiedział. - Przecież nie zostawiłbym cię dla niej. - odpowiedział i przytulił.
Ogier musiał dalej iść na spotkanie z Mariką; były to bardzo ważne rzeczy.
Dopilnowałam też, by Melody stosowała się do strategii Naixa i Caleba.
Medyczki natomiast - Armena i Marina - miały przyjmować rannych. To było jedno z ważnych zadań.
Kluczową rolę zajmowali wojownicy, a najlepszym chyba i dominującym dowódcą był Lorfan mimo iż nie pełnił tej funkcji.

~*~

Słychać było krzyk. Nadchodzą.
- Lorgan, przygotuj wojowników. Jesteś w tym najlepszy. - powiedziałam do ogiera.
Przyszedł Naix, który powiedział mu o atakach. Była tu też Marika. Każdy morderca wiedział jak ma działać. Galant wyszedł na krótki zwiad; dowiedział się wówczas jak daleko są przeciwnicy.
Isleen i Charriot natomiast mieli swe różne szamańskie moce; byli idealnie przygotowani. Różne proszki ampułki...
- Już! Są blisko! - przybiegł Galant.
Spojrzałam w oddal; niczym chmara czarna armia zmierzała ku nam. Cole wydał rozkaz. Wszyscy ruszyliśmy.
Widziałam jak jeden z wilków już leźy nieżywy z kopyt Death Angel.
- Uważaj! - usłyszałam za sobą głos Marki. Odwróciłam się. Jabłkowity jednorożec chciał się wbuć we mnie; zrobiłam unik. Przewidziałam z myśli Mariki, że chce zrobić ostateczny cios. Zanim jednorożec mnie chciał zabić już wydał z siebie ostatni oddech.
W tym chaosie ujrzałam jakiegoś wilka. Ja również się w niego zmieniłam; zaczęłam iść za nim. Po chwili gąszcz w krzakach był tak duży, że straciłam go z oczu. Po chwili z tego wyszłam; rozglądnęłam się. Nie było go. Usłyszałam warczenie za sobą, a po chwili jakby coś na mnie wpadło. Nie myliłam się; rzucił się na mnie właśnie ten wilk. Zaczęłam się z nim szarpać dopóki nie usłyszałam dźwięku kopyt w oddali.
- Już po tobie!- wykrzyknęłam i odepchnęłam go.
Jednakże zza krzaków wybiegł nie już koń lecz wilk. Przez chwilę myślałam, że to demon...
- Zostaw ją! - wykrzyknął i odepchnął wilka.
Przecież to Wolf!
Złapł go za kark i uderzył o ziemię. Po chwili szarpaniny leżał martwy.
- Przez chwilę myślałam, że umrę... - powiedziałam i pocałowałam go.
- Jak umrzesz, to tylko ze mną.
Wróciliśmy na pole walki. Setki ofiar leżało na wcześniej pięknej, białej od śniegu łące. Teraz było tu czerwono od krwi... czuć było zapach śmierci. 

Rhiannon - Morderczyni

"Cofam się tylko po to, by wziąść rozbieg"

IMIĘ: Matka nazwała tę osobniczkę Prima, jednak zaczęło kojarzyć się jej z bólem i cierpieniem.Jej mentor nadał jej nowe,wyjątkowe imię na cześć celtyckiej bogini. Brzmi ono Rhiannon. Wstępując ponownie do KotH przyjęła pseudonim Prim.
Płeć: Od urodzenia była klaczą, czy z czasem może się to zmienić?   
WIEK: 3 lata i 0 miesięcy
RASA: Nie posiada ogromnego rogu, czy też pięknych, orlich skrzydeł tak więc jest najzwyczajniejszym w świecie koniem.
RANGA: 3
HIERARCHIA: Została Mordercą, ta praca w zupełności jej wystarcza
MOCE: 
* Panowanie nad 5 żywiołami - Ogniem,Wodą,Ziemią,Powietrzem i Lodem- Ciepły, letni wietrzyk czy też lodowaty huragan.Tak, zapewne Prim znów nie panuje nad swoimi mocami.Siarczyste mrozy lub niemiłosierny skwar to tylko mały ułamek jej asów w rękawie.
* Porozumiewanie się z bogami - Jest to dość przydatna cecha, w każdej chwili potrafi skontaktować się z bogami, zapytać o radę bądź prosić o przychylność.
* Pole magnetyczne - Rhiannon potrafi stworzyć wokół siebie pole magnetyczne, które potrafi zatrzymać większość ataków.
UMIEJĘTNOŚCI: 
• Siła: ***
• Wytrzymałość:  ****
• Zwinność: ** 
• Szybkość:*****
• Czujność: ***
EKSTERIER: 
• Budowa: Harmonijna i umięśniona przede wszystkim.Bez trudu można dostrzec wiele gojących się ran.
• Maść: Rhiannon przeważnie jest siwa, jednak gdy jest wściekła,załamana lub na skraju rozpaczy jej śnieżnobiała sierść staje się kruczoczarna.
• Głowa: Szlachetna ,średnia głowa Prim osadzona jest na mocno zbudowanej szyi.
• Grzywa: Cóż można o niej powiedzieć.Średniej długości, gęsta i raczej zwyczajna.
• Ogon: Średniej długości, miękki i gęsty ogon Prim doskonale zbiera gałęzie i liście.
• Nogi: Kończyny Rhiann przypominają patyki.Długie z widocznymi zarysami mięśni
TEMPERAMENT: Prim od zawsze była delikatną uroczą i wrażliwą istotą, jednak od śmierci Liama stała się zamknięta w sobie sarkastyczna i nie wrażliwa na cierpienie innych.Lecz stała się również silna psychicznie jak i fizycznie.Nauczyła się panować nad emocjami i nie dawać sobą pomiatać.Wiele godzin spędzała sama w dziczy co nauczyło ją, by nigdy na nikim nie polegać.
Stała się samowystarczalna lecz od środka nauki jej pierwszego mentora niszczyły ją.Kolejny mentor nauczył ją cierpliwości i szacunku do przyrody i wroga.Wszystko przemyśla milion razy zanim w ogóle coś powie.Jest bardzo tajemnicza i stara się dotrzymywać słowa.Ponad życie nie na widzi kłamstwa choć sama wiele razy łgała jak z nut. Nie ma zamiaru posiadać przyjaciół,ich strata za bardzo boli.Zawsze jest zdeterminowana i bezwzględna. Jej wola walki jest godna podziwu, baba nie poddaje się do końca.To tyle w skrócie o Prim.
RODZINA: 
Matka-Gloria-Młodo została matką lecz nie dostała zaszczytu oglądać swej dorosłej córki
Ojciec-Gregori-Był surowy i wymagający, ale kochał swoją rodzinę całym sercem
Brat-Inferno-Nie lubili się , a jednak poczuli więż dopiero wtedy, gdy omal się nie pozabijali
Mentor-Dakar-Szanowała go i była mu posłuszna co wciąż ma w nawyku.
Poprzedni Mentor-Ronwe-Był surowy i stanowczy, chciał zrobić z Prim robota do zabijania
TOWARZYSZ: William dostąpił tego zaszczytu
PARTNER: Nie ma powodzenia u płci przeciwnej ani nie jest zakochana.Czas pokaże...
HISTORIA: Rhiannon urodziła się jak każdy inny koń.Była potomkiem Glorii i Gregori'ego. Od najmłodszych lat starała się być uprzejma i pomagać każdemu dookoła.Jednak po śmierci matki nie miało to już dla niej takiego znaczenia. W wieku 1 roku ruszyła w świat z nadzieją , że jednak jej matka żyje.Błąkała się tak długo do puki nie znalazła KotH. Zamieszkała tam i żyła spokojnie.Pewnego dnia spotkała ją ta okrutna chwila.Jej ukochany przyjaciel został zabity przed boga śmierci.
Załamana uciekła wieczorem i znów błąkała się tu i tam.Kiedy już miała się poddać,już stąpała na klif dosłownie z nieba spadł jej William.Swym sarkazmem i argumentami przywrócił jej chęć życia.Dosłownie Will zamieszkał w jej głowie i do teraz tam siedzi. Dołączyła do celtyckiego stada koni.Zainspirowana podjęła nauki u jednego z mentorów.Nie był to taki dobry pomysł.
Ronwe omal nie zabił jej morderczym torem przez zakazane bagna.Inny koń zainteresował się nią i zaczął ją ćwiczyć. Osiągając wiek 3 lat opuściła Dakara jak i stado po czym udała się w drogę powrotną do KotH.
KONTAKT: arabino

Od Phanthom'a CD Veny

Po jej słowach zatrzymałem się i spojrzałem na nią obojętnym wzrokiem. Skinąłem głową.
- Jak wolisz, mi to nie będę przeszkadzać - powiedziałem i chwile stałem w miejscu. Inni uważają patrzenie w gwiazdy za nudne, tak jak uważam nudne łowienie ryb. Siedzisz, nic nie robisz, tylko czekasz, z gwiazdami jest tak samo, ale tutaj podziwiasz ich piękno. Mało mnie obchodzi co inni sądzą na temat mojej rozgrywki dotyczącej nocnego niebo i małych migocących kulek.
Klacz po chwili dołączyła do mnie i zacząłem ponownie kierować się w stronę jeziora. Szedłem pierwszy, Vena obok mnie, nieco z tyłu. Milczeliśmy, co w sumie mi nie przeszkadzało. Uwielbiałem cisze i spokój, a tym bardziej podczas której mogłem cieszyć się świstem chłodnego wiatru, i nocnej muzyki, jaka teraz grała - sowy w lesie, świerszcze w trawie, żaby na jeziorze. Gdy dotarliśmy do brzegu zatrzymałem się. Vena stanęła obok mnie i patrzyła na taflę wody.
- Często patrzysz w gwiazdy? - zapytała, na co skinąłem głową.
- Chyba codziennie, gdy mam taką możliwość - stwierdzić podnosząc głowę do góry. Gwiazdy pięknie oświecały cały ten teren, a woda od ich blasku aż migotała. Zamoczyłem po chwili łeb w chłodnej wodzie i napiłem się. Miałem zamiar zaraz wracać i się nieco przespać. Powoli sen do mnie docierał chcąc mnie całkowicie zabrać w swe objęcia, ale ja dalej twardo trzymałem się na kopytach. Gdy podniosłem łeb, spojrzałem na klacz, która przyglądała się zbiornikowi wodnemu. - Ja będę już wracał - oznajmiłem.

<Vena?>

Koniec wojny & Święta!



Ho ho ho! Powoli zbliżamy się do… Świąt! Kończymy już powoli wojnę a zaczynamy ŚWIĘTA. W związku z tym każdy kto chce wziąć udział w evenciku musi napisać ostatnie opowiadanie wojenne (min. 130 słów). W opowiadaniu uwzględniamy całe stado, to znaczy; we wszystkich dotychczasowych opowiadaniach wojennych opisywaliśmy losy naszych postaci a teraz walczymy wszyscy razem, na jednym polu walki. Widzimy wszystko co się dookoła dzieje czyli również pozostałych członków, pomagamy sobie wzajemnie.  Tu uwzględniamy też rangi. Chyba domyślacie się jakie czynności powinien wykonywać np. strateg?
Aby wygrać wojnę opowiadania musi napisać przynajmniej 10 osób! Czas mamy do 21 grudnia :3
A teraz…  Święta!
Na zewnątrz mróz, spadł już gruby śnieg. Wczorajszej nocy do plaży dopiły szczątki statku Batsho Mohlolohali wraz z wyczerpaną załogą. Znaleziony ich pół martwych i natychmiast zbudzono pogrążone w śnie stado. Nie przeżyła tylko jedna klacz w ciąży. Wszyscy zebrali się w lesie przy cieple ogniska. Rozbitkom podano ciepłe pożywienie i znaleziono parę kocy. Najroślejszy z nich, umięśniony za dwóch zaczął opowieść o smutnym losie załogi. Tereny ich stada zostały podbite a oni musieli służyć swoim wrogom przechodząc okropne męki. Zostali skazani na śmierć za najdrobniejsze przewinienia oraz zdradę bliskich lecz dzięki wspólnym wysiłkom udało im się czmychnąć. Było ich zaś 43. Zdążyli wsiąść do łodzi lecz strzały i tak dosięgły pięciu przyjaciół a trzech załapano już wcześniej. Na morzu spotkał ich straszny sztorm. Byli pewni, że drobny stateczek nie utrzyma się na fali jednak cudem wytrzymał. Fale zmyły z pokładu jedenastu. Niedługo potem spotkała ich dziwna dolegliwość. Zmarło wtedy dwóch. Dalej nastał głód, bowiem niewiele zdążyli zabrać ze sobą. Szczęściem nikt nie „wysechł” do końca aczkolwiek wszystkim odebrało całkiem siły. Gdy byli już pewni śmierci zaatakował ich jakiś głębinowy potwór. Rozszarpał malutką łódeczkę i tak dotarli tutaj, do KotH.
Poruszeni tą historią przyjmujemy ich do siebie. Troskliwie opiekujemy się rozbitkami jednak… następnej nocy… Zostajemy brutalnie związani. ZDRADA. SPISEK. Tak, tak. Ty i …………. (postać z KotH) zostajecie zaprowadzeni do przygotowanej wcześniej łodzi. Wypływacie w morze. Reszta stada również ale wy jeszcze o tym nie wiecie. Czemu to robią?! Spoglądasz na swojego towarzysza niedoli i…
I co dalej? Dalej oddaję Ci głos! Do dzieła!
Króciutkie zasady:
1. Opowiadania piszemy między sobą.
2. Mają one mieć min. 130 słów.
3. Mamy czas do 1 stycznia (może być dłużej).

Na razie opowiadamy jedynie o przygodach na morzu (NA RAZIE NIE UCIEKAMY!!!) XDD Ok. 20 grudnia będzie kolejna, że tak powiem „faza” evenciku. Powodzenia! :3
~Marika
(przepraszam, że nie mieliśmy mikołajków:*((()

środa, 14 grudnia 2016

Od Veny CD Phantom

Mhym, kolejny zwolennik oglądania gwiazd. Myślałam, że inne konie uważają to za jaką głupotę - takie stanie w miejscu i patrzenie się w miliony świecących punkcików na niebie. Przypomniała mi się na ten moment jedna ważna osoba - jeden ogier, władca mego serca. Właśnie z nim najczęściej obserwuję to piękno nocy... te noce zawsze należały do nas. Do nas dwojga... Jednakże przez ostatnie dnie jakoś rzadko go widzę. Cały czas mi powtarzał, wmawiał, że nic mu nie będzie, że przeżyje! Coraz bardziej, częściej zaczynam wątpić w jego słowa. Coraz bardziej chciałam wyruszyć i go odnaleźć, chociaż wyraźnie zabronił mi.  Eh... wojna. Coraz rzadziej też widuję inne konie, np. Marikę...
Pomyślałam iż ogier jest pobodnego upodobania co Wolf. Bracia? Nie... przecież on mi nigdy nie mówił o swym rodzeństwie.
Ogier poszedł kawałek dalej, do Jeziora. Czyżbym mogła dotrzymać mu towarzystwa? W sumie i tak nie mam jak na razie nikogo do śledzenia.
- Jeśli już masz zamiar patrzeć. - podeszłam do ogiera. - To, mhym nie przeszkadzać ci będzie moja obeność? - spytałam. Nie żebym chciała się narzucać mu, ale ja osobiście też kocham oglądać gwiazdy.
Ogier po chwili zwrócił się do mnie.

<Phantom? Sama nie wiem co odpowiesz, zostawiam robie xd>

Od Phanthom'a cd. Veny

Spojrzałem na to, co klacz pokazywała łbem, czyli na swoje skrzydła. Spojrzałem na lewe, lekko je wyprostowałem przyglądając mu się. Chwalić? Nie uważam, żeby się nimi chwalić, chociaż miała rację. Przynajmniej nie zwracała uwagi na moje krótkie kopyta, przez co większość ogierów była ode mnie większa, czasem nawet zdarzały się takowe klacze, ale wśród nich nie było owej Veny. Zbaczając z tematu, przede mną stała skrzydlata klacz, szczupła. wyglądała na prawdziwą królewną pannę, która poruszała się z gracją. Maść trudno było określić, brązowy, łaciaty, siwy, biały... powiem, że było "kolorowa". Miała długą, dwukolorową grzywę i ogon, gdzie grzywa opadała jej na uczy.
- Można tak powiedzieć - stwierdziłem po chwili odwracając się w stronę klaczy, która dalej przyglądała się moim skrzydłom. Dopiero gdy lewe całkowicie złożyłem, Vena spojrzała na mój łeb. - Ważne, ze nie działa na nie żaden silny wiatr - stwierdziłem, a na jej pysku pojawił się jakby cień uśmiechu. Wydawała się miła i przyjazna, ale nie rozmyślałem długo nad jej charakterem, bo po co? Teraz jedyne co było dla mnie ważne, to ta noc. Piękna jak zawsze...
- Żaden? - podniosłam brew do góry, na co skinąłem głową.
- Może z huraganem nie dałbym rady, nie miałem jeszcze z tym styczności - po tych słowach się odwróciłem i zacząłem iść w kierunku wody. Dopiero po paru krokach zatrzymałem się i odwróciłem w stronę klaczy. - Jeśli pozwolisz, oddalę się do jeziora. Chciałbym jeszcze chwilę popatrzeć w gwiazdy - nie czekałem na jej odpowiedź, tylko ruszyłem przed siebie. Zawsze uważałem, żenad taflą wody nocne niebo jest jeszcze piękniejsze, niż to mogło być możliwe.

<Vena?>

Od Mariki CD Naix




Uśmiechnęłam się do niego dziwnie i odrobinkę tajemniczo.
- Mam pełne prawo przebywać gdzie chcę i kiedy chcę. – odrzekłam spokojnie. – Ty też masz takie prawo i właśnie z niego skorzystałeś. A skąd cię znam? Po pierwsze uważam, że wszyscy powinniśmy się w tym stadzie znać. W            przeciwnym razie możemy sobie pomarzyć o zwycięstwie z demonami. A po drugie… Tajemnica!
Zaśmiałam się i posłałam mu lekko pogardliwy uśmieszek.
Przyjrzał mi się uważnie i wybałuszył oczy.
- Czy ty… - zaczął.
- Tak, nie mam jednego oka. Ale to nic. Jeśli znajdę dobrego szamana odzyskam je. Wojna zabrała mi dużo więcej… - spuściłam łeb.
Nagle z krzaków wyleciało czarne ptaszysko. Było jasne, że jest to Shervana. Machała energicznie skrzydłami sypiąc swoimi czarniuśkimi piórami wokoło.
~Na… Nai… NAIX! – wycedziła dysząc i uderzyła o szyję ogiera. ~ On… tam… jest!!! Mówię ci, wiejemy!
Naix westchnął niezdecydowany.
Pędziliśmy najszybciej jak mogliśmy, prowadzeni przez kruka. Już chciałam zatrzymać ich lecz oto w tej chwili usłyszałam głośny tupot, stalowy, rzęsisty i oddech. To „coś” były zaraz za nami. Męczyła mnie ciekawość kim albo czym jest ten owy potwór lecz doskonale wiedziałam, że jeśli się odwrócę mogę sprowokować atak, do tego przepadnę przez jeden z tych cholernych konarów, rozpieprzę mordę i na sto procent to „coś” mnie zeżre. Poczułam okropny smród. Naix i to ptaszysko, jakby wiedzieli co będzie potem przyspieszyli i dali sobie jakieś porozumiewawcze znaki. I w tej oto chwili stało się. Zanim pojęłam co się dzieje już leżałam na ziemi ogłuszona mega potężnym rykiem. Świszczało mi w uszach, obraz rozmył się i świat zaczął się niebezpiecznie kręcić wokół mej głowy. Ogier i kruk utworzyli coś w rodzaju „bariery telepatycznej” dzięki czemu dźwięk nie dotarł do nich z taką siłą. Ignorując stan mojego mózgu, obróciłam się napięcie i zobaczyłam głodne kły zbliżające się ku mojej głowie. Wszystko widziałam jak na zwolnionym filmie. Nieświadoma jeszcze tego czego umiem palnęłam „czymś” w potwora. Myślałam, że to zwykły podmuch lecz jak okazało się nie. Zobaczyłam jak zwierz zamyka powoli ślepia i przechyla się wprost na mnie. Spojrzałam w tył. Była tam stroma, piaszczysta skarpa.
Szybko rzuciłam się w dół wzbijając w górę tumany piachu. Gdy sturlałam się, prędko wstałam i uskoczyłam do przodu. Olbrzymie cielsko wylądowało jakieś 50 cm ode mnie. Z czarnych nozdrzy wydobył się czary dym, który leciutko poparzył moje nogi. Stwór jeszcze żył. Z ulgą stwierdziłam, że nie doznałam żadnych urazów a i moja głowa dochodzi do siebie. Zobaczywszy na górze odrobinkę zszokowaną parę moich nowo poznanych przyjaciół wdrapałam się z powrotem po skarpie.
- Jak ty normalnie radzisz sobie z tym cholerstwem? – zaśmiałam się.
- Normalnie spotykamy większe sztuki, fałszywy alarm. – warknął kruk.
Naix? Brak pomysłu :v