Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marika. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 lutego 2017

Od Mariki CD Vertus

Byłam odrobinkę potłuczona, przemarznięta i nieco zszokowana. Poza tym byłam cała. Ów nieznajomy… Nienawidzę tego sformułowania; uratował mi życie. Należałoby dodać KOLEJNY obcy ocalił mi życie. Wstyd i hańba! A co jeśli to wróg? Nie… Chyba. Przecież ten nie traciłby czasu i sił na wyławianie mnie z zamarzniętego jeziora lecz od razu z dziką przyjemnością zatopiłby ostrze w mojej szyi.
-Trochę tu ciemno nieprawdaż? - stwierdził mój wybawca.
Istotnie, jedynie niewielka szpara przy wejściu wpuszczała do tej dziury blade światło poranka. Nie widziałam nic poza czarnymi, błyszczącymi oczami ogiera.
Podniosłam lekko skrzydło do góry aby wyjąć skrawek materiału do pochodni z pasu schowanego pod piórami. Jęknęłam cicho gdy skrzydło poruszyło się zaledwie parę centymetrów w górę i napełniło moje ciało bólem. Złamane. Najwyraźniej zahaczyłam nim o krę lodu podczas ucieczki. Przeklęłam moje cudowne zdolności do robienia sobie krzywdy i spróbowałam innych metod. Znałam parę klasycznych zaklęć a i moja matka przecie miała władzę nad ogniem.
-Igneus aranea! - wykrzyknęłam.
Wokół nas pojawił się ognisty krąg, który powoli się zacieśniał. Nie, to nie było to zaklęcie.
-Aenara suengi! - wypowiedziała zaklęcie odwracające i znów spróbowałam właściwego. -Lingua ignis ardentis!
I przed naszymi oczami pojawiły się dwa ogniste świetliki.
-Jeden dla mnie, drugi dla ciebie. - powiedziałam. - I przepraszam, że musiałeś interweniować… Mam nadzwyczajne szczęście do nieszczęść.
Ogier zaśmiał się w odpowiedzi.
Gdy rozbłysło światło ognistych stworzeń jaskinia ukazała swoje oblicze. Była stara, bardzo stara. W jej wnętrzu były ślady walk pomiędzy mitycznymi stworzeniami, dziś już niemalże nie spotykanych. Gdzieś w rogu moje oczy dostrzegły jakby wąską ścieżkę, przejście do nieznanego mi dotąd miejsca.
W milczeniu ruszyliśmy w kierunku skalnej drogi. Szliśmy ściśnięci obok siebie gdyż ścieżka była wąska a… Raźniej i jakby bezpieczniej było obok siebie. Korzystając z okazji poczęłam wypytywać nieznajomego o dane personalne lecz i czujność mą zbudziła jego osoba. Mimo, że skrzydło wydawało się nie do uniesienia, mój łeb z łatwością dosięgnie ostrza schowanego pod piórami. Czy jestem w stanie go z miejsca zabić? Owszem lecz… Byłoby to… Niewdzięcznością. Mogłam przecie zginąć w czarnej otchłani jeziora. Nie zabiję go, jedynie w razie konieczności zranię. Ale czy będzie taka konieczność?

Vertus? BW (╥﹏╥)

czwartek, 2 lutego 2017

Od Mariki CD Impuls

Jak był tak go nie ma. Gapiłam się jeszcze przez chwilę w miejsce gdzie Impuls przeistoczył się w dym po czym (upewniwszy się, że nikt mnie nie śledzi) z rezygnacją zawróciłam w stronę stada.

♠♥♣♦

Przyzwyczaiłam się już do monotonnych eskapad po żarcie, nudnych i wcale niepotrzebnych wart oraz grobowej ciszy. Wiedziałam, że nikt mnie nie słuchał i nie żałował nocnych wypraw do głębi lasu. Nikt nie raczył nawet odpowiedzieć na zwyczajne ‘’dzień dobry’’. Teraz to wszystko jeszcze bardziej wydawało się bez sensu. Byłam cieniem samej siebie. Najczęściej z braku zajęcia siadałam gdzieś pod zaśnieżonym drzewem i rozmyślałam o… Lorganie rzecz jasna. A on chyba miał mnie w dupie… Widywałam go rzadko. Zazwyczaj w towarzystwie wroga. Pal diabli Lorgana! Już moja mózgownica nie mogła sobie poradzić z tym oto lordem wokół którego skakały inne panienki. Teraz jednak doszedł jeszcze obcy przedstawiający się jako Impuls. Nie czułam nic do niego prócz nieopanowanej ciekawości i pragnienia rozwikłania tej tajemnicy, którą czuć było od niego na kilometr.
Następnego dnia poszłam nazbierać jagód do lekarstw. Medyk nie raczył się pofatygować więc byłam skazana na samotność. A co z Pusiem? Nie wiem. Lecz moje serce płakało na myśl o tym słodziaku. Czy zginą w drodze do babci? Czy nie zdążył umknąć demonom? Nagle mój wzrok utkwił w postaci siedzącej na jednym z głazów. Był to ogier. Łeb ukrył w skrzydłach ale mimo to rozpoznałam go. Na mój widok wstał i zniżył smutno głowę. Nie wyglądał dobrze… Miał sporo zadrapań na grzbiecie, powyrywane pióra ze skrzydeł i niewielką ranę na głowie z której płynęła strużka krwi.
-Co Ci się stało? - zapytałam automatycznie.
Po jego wyrazie ‘’twarzy’’ odczytałam, że nie odpowie mi.
-Jeśli masz znowu zniknąć to zrób to teraz i nie wracaj. Jeśli nie to zostań tu ze mną. Chcę wreszcie wiedzieć o co chodzi.
Impuls rozprostował skrzydła i podszedł bliżej. Trwała niezręczna cisza którą w końcu przerwał ogier.
-...

Impuls? Brakulus pomuslulus 😐😐😐

niedziela, 29 stycznia 2017

Od Mariki (do Vertus'a)

Od rana, dotychczas mało emocjonalne chmury, zaczęły wylewać swoje gorzkie łzy na opustoszałe tereny stada. Dziś wyjątkowo nie miałam humoru. Pragnęłam być sama jak ten oto kwiat, jedyny żywy pośród umarłych roślinek. Wstałam dość wcześnie i omotałam wzrokiem pogrążonych we śnie członków. Oczywiście najdroższy wartownik również uciął sobie drzemkę. Na pierwszy rzut oka bardziej przypominał ubitą świnię z obwieszony, lepkim jęzorem. Przechodząc obok kopnęłam owego osobnika w zadek lecz ten jedynie wymamrotał coś w stylu ‘’Kochanie nie tak wcześnie…’’. Warknęłam pod nosem parę przekleństw w jego kierunki i zaszyłam się w gąszczu. Deszcz obmywał skrupulatnie me ciało a lodowaty wiatr dla żartu zamrażał krople wody na mojej sierści tak, że wkrótce stałam się lodowym posągiem. Przedzierałam się przez gęstwinę drzew i krzewów, sobie tylko znanymi ścieżkami. Nagle coś chrupnęło mi pod nogami. Pode mną leżało bezwładnie ciało jakiegoś ogiera. Spoglądał blado na mnie. I pewnie ten obraz nie zdziwiłby mnie wcale gdyby nie fakt, że ów samiec zginą co najwyżej jakieś 5 - 10 minut temu. Szyję miał przebitą na wylot, z otwartej rany lała się rzeka krwi wraz ze zmiażdżonymi kawałkami kości. Już chciałam ominąć trupa gdy poczułam zimny oddech bestii na plecach. Bez wątpienia ten ogier był jej ofiarą a ja byłam następna w kolejce. I wierzcie mi, nie był to typowy demon. Bydle wielkie nie ma co, szpony długie na 3 metry a kły ostre jak brzytwa. Poczułam jak ogromne cielsko spycha mnie na bok i lecz w dół. Sturlałam się ze stromego wzgórza lecz na szczęście wylądowałam na miękkiej zaspie. Stwór jednak pragną mej śmierci gdyż bez zastanowienia rzucił się za mną. Nagle ziemia się załamała i wpadłam do lodowatej wody. Nerwowo próbowałam wydostać się z jeziora lecz to wydawało się nie mieć końca. Nogi mi struchlały, straciłam czucie. W oddali dostrzegłam jakiś ruch więc błagalnie krzyknęłam ‘’Pomocy!!!’’ i zanurzyłam się w ciemnej tafli.

Vertus? Nie miałam innego pomysłu :\

piątek, 27 stycznia 2017

Od Mariki CD Impuls

Pobiegłam za zanikającym dymkiem jednak ten zginął mi z oczu.
-Zaczekaj! - krzyknęłam za ogierem.
Żadnej odpowiedzi… A więc zostałam znów sama. Szybko zorientowałam się gdzie jestem. Biorąc pod uwagę skalę zniszczeń i tysiące zmiażdżonych kości umarłych stworzonek znajduję się gdzieś przy granicy Sunny Forest, nieopodal Martwych Ziem. Idąc na wschód powinnam natknąć się na ogromną przepaść, słusznie nazwaną Otchłanią Wojny. Po drugiej stronie przepaści demony rozbiły swój tymczasowy obóz aby w razie czego skryć się w mroku Martwych Ziem i zregenerować moce w Mrocznym Zagajniku. Czy Impuls czmychnął w kierunku siedziby Death’a? Dlaczego MY go mamy potrzebować? Kim jest? I… Czy kłamie? Ruszyłam przed siebie, w kierunku obozu bestii w nadziei, że odnajdę odpowiedzi na swoje pytania. Wiał zimny wiatr. Wyrzucał niewidzialną dłonią w górę biały puch tworząc niezwykły widok. Tym samym zdejmował z ziemi miękki płaszcz odkrywając wszystko co ukryła zima. Nagle mój wzrok zatrzymał się na połyskującym w świetle księżyca przedmiocie. Podeszłam bliżej aby go obejrzeć. Okazało się, że jest nim niewielki amulet o nieznanych mi dotąd znakach. Coś zaszeleściło w krzakach. Z ciemności wyłoniły się chytre, małe oczka a za nimi parszywe wilczysko o pozornie mizernej posturze.
-Witaj… - zacharczał potwór i przybrał postać konia. - Dawno się nie widzieliśmy… Tęskniłem.
-Czy my się znamy? - spytałam go spokojnie.
Samiec nie był młody ale też nie za stary gdyż wydawał się wysportowany co stwierdziłam po jego lekkich i płynnych ruchach.
W odpowiedzi na moje pytanie zaśmiał się nieszczerze.
-Oczywiście. Byłabyś moja gdyby nie wasza nic nie warta armia i ta wojna, która nie mogła skończyć się inaczej. Byłabyś cała moja i do mojej dyspozycji. Widzę jednak, że zmieniłaś się ale i tak cię poznałem. - rzekł szczerząc kły.
Podszedł bliżej i wyszeptał mi do ucha:
-Takich jak ty nie zapomina się łatwo nawet jeśli zmieniają ciało.  
I stało się jasne kim był. Czyżby ciąg dalszy przygód z Angel? Nie… Straciłam już nadzieję, że się jeszcze kiedyś pojawi. Nie zobaczyłam jej odkąd uciekłam z lochów. Ani jej, ani jej dziecka. Czy ją zabili? Byłoby to możliwe gdyby nie to, że nosiła JEGO dziecię. A może zabiło ją cierpienie? Spojrzałam z odrazą na nowo przybyłego
-Odejdź! - krzyknęłam.
Hm… Robię się chyba za bardzo wybuchowa i emocjonalna. Trzeba będzie popracować nad tym!
-Widzę, że znalazłaś interesującą rzecz… - ogier zignorował mój rozkaz. - Poszczęściło mi się; nie dość, że odzyskałem ten piękny medalion to jeszcze dostałem na własność pewną… Pewną klacz.
Popchnął mnie na ziemię i już otworzył usta aby wypowiedzieć zaklęcie gdy…
-Zostaw ją. - rozległ się spokojny głos, który już gdzieś słyszałam.
Impuls wrócił.

Impuls? Brakimus wenustotalimus 😂😂😂

środa, 18 stycznia 2017

Od Mariki CD Impuls

Wpatrywałam się jak zaczarowana w rytmiczny ruch skrzydeł ogiera. Nie należał do nas. Nie wzbiłby się w powietrze gdyż inteligentny i zdrowo myślący członek KotH nie używałby skrzydeł ze względów bezpieczeństwa. Zresztą wydałam rozkaz aby broń Boże nie pokazywać się obcym, nie latać, nie używać magii. Demon? Jeden z NICH? Nie ulegało to wątpliwości. Nie wiem co mnie skusiło, że poleciałam za nim choć dobrze wiedziałam, że zależało mu na tym. Naraziłam na niebezpieczeństwo całe stado. I… Nie mogę już wrócić do nich. Las ma oczy, las widzi i słyszy. Las jest cichy lecz nie wolno mu ufać. Nikomu nie wolno ufać.
- Czekaj! - krzyknęłam za nim.
Impuls odwrócił się tylko a na jego twarzy zagościł chytry uśmieszek.
Dogoniłam go i złapałam zębami jego grzywę po czym pociągnęłam z całej siły w dół. Impuls błyskawicznie odwinął się. Zaczęliśmy szamotać się w powietrzu. Wreszcie upadliśmy na ziemię. Wstałam i podbiegłam do wciąż leżącego ogiera. Wyjęłam nóż zza skrzydeł.
- Co od nas chcesz? - warknęłam.
Jego bystre oczy zaświeciły się niebezpiecznie.

Impuls?

wtorek, 17 stycznia 2017

Od Mariki CD Lorgan



Westchnęłam i uśmiechnęłam się lekko do Ismeny.
- Pewnie masz rację… - szepnęłam. - I wiem, że Lorgan nic do mnie nie czuje ale ja do niego tak… Jeśli to tylko zauroczenie to czemu tak… Tak… Głębokie i silne? Czemu moje serce przyspiesza gdy go widzę? Czemu jego szlachetny łeb przyprawia mnie o dreszcze? Dobrze niech ci tam będzie! Tylko chodźmy już stąd. - zaśmiałam się.
- Jak sobie życzysz. - odrzekła wadera.
Ruszyłyśmy na przód. Spacerkiem przemiszczałyśmy się wzdłuż płynącej obok rzeki. W powietrzu dało się wyczuć coś niepokojącego, niespotykanego. Ziemia jakby drżała, przerażona jakimś zdarzeniem. Nagle coś trzasnęło za nami. Obróciłyśmy się lecz nic nie dostrzegłyśmy.
- Ktoś nas śledzi. - szepnęłam.
- Daj spokój! - niemal wykrzyknęła Ismena i z dumą ominęła mnie.
Dogoniłam ją. Wadera truła mą głowę swoimi mądrościami i nie przeszkadzałoby mi to wcale gdyby nie fakt, że moje czujne uszy usłyszały jakby szczęk zbroi.  
- STAĆ W IMIENIU KRÓLA! - zza gęstwiny wydobył się gruby ryk.
Samica zamilkła i nie ukrywała zdziwienia. Poczułam jak coś splątuje mi kopyta, zakłada dziwną tkaninę na pysk i wstrzykuje w zad truciznę. Nogi mi zwiotczały, upadłam.
Ismena? Ja? XD

sobota, 14 stycznia 2017

Od Mariki CD Impuls




Szłam w milczeniu z Naix’em, Lianor i Galant’em przez ciemny las. Naszym zadaniem było zlokalizowanie stałego źródła pożywienia, bliskiego naszej “siedziby” bo jasną rzeczą było to, że demony zajęły większość terenów, które zdążyły już poznać. Nieznacznie wyprzedzałam ekspedycję, czujnym spojrzeniem analizowałam położenie.
-Czy mamy w ogóle jeszcze jakieś szanse na normalne życie? - spytał cicho Galant. - Po co to robimy?
Odwróciłam się napięcie i spojrzałam z bólem na ogiera. Właściwie to nie wiedziałam co odpowiedzieć.
-Nie mamy żadnych szans, jesteśmy zdani tylko na siebie. Robimy to dla tych, którzy już robić tego nie mogą. - powiedziałam poważnie.
Nagle coś runęło na wilgotną trawę. Zatrzymaliśmy się a nasz wzrok powędrował za drzewa, na oświeconą światłem księżyca łąkę. Pomiędzy uschniętymi drzewami dostrzegłam kontur obcego. Leżał bezwładnie na ziemi, niczym nocna zmora lecz takową najwyraźniej nie był. Na łące zawiał zimny wiatr. Skorzystałam z okazji i zamknęłam oczy. Poczułam jego delikatność, powagę i zaczęłam nim kierować. „Udałam się” powiewem wiatru nad ciało nieznajomego, okryłam go i poczułam jego ciepło. Oddech szybki, nierównomierny. Klatka powoli przestaje się unosić. Wsłuchałam się w niemożliwie ciche szepty łakomej krwi. Serce zahamowało z nagła a me powieki odsłoniły moje powiększone źrenice.
-On umiera. - szepnęłam.
- Co chcesz zrobić? - zapytała Lianor.
Zastanowiłam się.
-Pomóc mu. - odrzekłam. - Zawróćcie, dziś już nic tutaj nie znajdziemy. Nie zajmie mi to długo, dogonię was.
Kiwnęli łbami i obrócili się w stronę lasu a ja zbliżyłam się ostrożnie do postaci. Poczułam jak zalewa mnie znajoma energia.
Impuls? Niewiele rozwinęłam, może co nieco uda mi się następnym razem :P

niedziela, 1 stycznia 2017

Od Mariki CD Lorgan




W oczach miałam łzy. Nie smutku lecz bólu i rozczarowania. Po głowie biegały rozżalone pytania. Czemu? Dlaczego? Po co? W jakim celu? Próbowałam złapać jeden z owych dylematów lecz znów na myśl cisnęło mi się kolejne pytanie. A czas leciał… Stałam jak głupia i patrzyłam na czarne zastępy. Deszcz lał się strugami, obmywając moje kruche ciało, pioruny waliły bez opamiętania. Brena wpatrywała się w moje oczy i zdawała się mówić “Ty wiesz kim jestem… A ja kim ty!”. Niemal wbiła swój wzrok w mój pusty oczodół, który nagle zaczął szczypać i piec. Lorgan mówił coś do klaczy, której wkrótce cierpliwość poczęła się kończyć. I oto pojawiła się nadzieja. Jeśli to tylko podstęp ze strony ogiera? Przemyślny żart przeciwko wrogiej armii? Za późno na działanie… Brena podniosła łeb do góry i wypowiedziała ze zgrozą zaklęcie po czym ryknęła a jej głos niósł się echem po polach i lasach. Czerwony wiatr powiał a z nim nieogarnięty czar. Coś chwyciło mnie od środka, ściskało, rwało na strzępki moje wnętrzności. Krzyknęłam. Poczułam jak me kości pękają, dzieląc się na małe odcinki i przesyłając do mózgu ogłuszający ból. Zacisnęłam usta lecz te bez mojej zgody co chwilę otwierały się by wydobyć jęk pół trupa - pół żywca. Niebo pociemniało od smolistych skrzydeł demonów owego “gangu”. Lorgan padł obezwładniony na ziemię i przez chwilę myślałam, że to jego koniec lecz uśmieszek Breny uświadomił mi jak bardzo zależy jej na nim. Pozbierałam się i nie zważywszy na “drobną” niedogodność fizyczną, doczołgałam się do karej klaczy wciąż grożącej piorunami i zdenerwowanym, agresywnym głosem gotowym zwołać wszystkie złe duchy tego świata jednym, krótkim dźwiękiem. Stała na niedużej skale, będącej mównicą dla owej panny. Choć nogi i tułów wzywała grawitacja, choć nogi i tułów tak bardzo chciały jej słuchać, niezrównany mózg rzekł “Hop!” i części musiały wykonać komendę, szkodząc ogólnemu dobru całego mechanizmu zwanego “ciałem i duszą Mariki”. Uniosłam się parę zaledwie centymetrów nad ziemią i zepchnęłam Brenę z podwyższenia. Wylądowałyśmy na mokrej ziemi. Oczy przywódczyni wrogiej armii zaświeciły się niebezpiecznie. Wstała i już chciała zepchnąć mnie z góry lecz ostatkiem sił złapałam zębami za jej idealną grzywę i obie, szamocząc się w powietrzu spadłyśmy parę metrów w dół, nieopodal rzeki. Powieki powoli mi się zamykały zwiastując niechybny koniec mojego nędznego życia. Klacz upadła zaraz obok mnie ale zapewne użyła jakiegoś zaklęcia aby nic sobie nie zrobić bo wylądowała w całości, nawet brud nie śmiał jej dotknąć.
-Czemu to zrobiłaś?! Czemu GO zabierasz? - wymamrotałam wyczerpana.
-Nie martw się. To TY właśnie zabrałaś mi coś, pewien dar. Masz go tu i teraz. Za chwilę przekroczysz barierę… Ale poczuj jeszcze ten ból! - wyjęła sztylet zza grzywy i wbiła go prościutko w moje serce. Był rzecz jasna nasączony trucizną. Krzyknęłam z bólu i skonałam.
~***~
“Umrzeć”. Brzmi tak niebiańsko pięknie… Błogo. Można na różne sposoby zginąć. Mój był jednocześnie niezwykły jak i dość… Hm… Normalny? W każdym razie żadna śmierć nie jest taka sama. Opowiedziałabym bardzo chętnie jak to jest umrzeć lecz nie potrafię. Czemu? Język istot żyjących sobie najspokojniej w świecie na Ziemi nie jest dostatecznie zaopatrzony w słowa i wyrażenia aby można było ubrać w nie odczucie, czy tam przeżycie tak istotne jakim jest śmierć. Ale opowiem najlepiej jak potrafię.
Więc jest to tak; najpierw czujesz niewyobrażalny ból. Tak było w moim przypadku. Czujesz posmak krwi w ustach. Dochodzi do ciebie, że wydobywa się ona ze środka i wypływa na mokrą od deszczu trawę. Potem czujesz jak serce powoli się męczy, zbyt dużo krwi wypłynęło, sztylet jest naprawdę głęboko. I kłamią ci co mówią, że wszystko przewija się przed oczami niczym film o twoim życiu. Nie. Próbujesz sięgnąć pamięcią od początku. Owszem, widzisz strzępy widowiska lecz te rozpływają się i uciekają. Czujesz pustkę. Nic nie wiesz, powoli przestajesz czuć. Przestajesz słyszeć. Cisza. Takiej nigdy nie słyszałeś. Błoga cisza. Zastępuje krzyk i jęk a bólu już nie czuć. Teraz tylko widzisz nasączoną wodą glebę. Dżdżownicę pełzającą w twoim kierunku. Kopyta twojego mordercy. Teraz już nie wiesz. Nic nie wiesz. Nie znasz słów. Oczy jakby zastygają nieruchome. Obraz staje się ciemny, niewyraźny, rozmazany. Teraz widzisz ciemność a w tej strasznej ciemności światło. I tyle. Na tym skończyłam. Pokonałam barierę lecz jej nie przekroczyłam. Jeszcze nie mogłam, to nie był odpowiedni moment. Odwróciłam się i ból powrócił ale… Już ciepły, kojący i miły…
~***~
Otworzyłam powoli oczy. Obraz był niezwykle płynny, wyrazisty. Takim dawno me oko nie mogło się nacieszyć. Me oko… Me oko… To musi mieć swoją głębię. To wspomnienie ma tajemnice. Tylko… Co to za wspomnienie? Kim tak w ogóle jestem? Gdzie do cholery leżę? Poczułam, że się unoszę. Ja wstałam. Jak? Normalnie. Stałam i się rozglądałam. I ruszałam czymś. To było… Duże. Dość duże. Czyżby… skrzydła? Ale skąd? Na głowie ciążyło mi coś. Były to pozłacane rogi. Otworzyłam usta aby coś rzec lecz głos ugrzązł mi w gardle. Zapomniałam słów. Znikły, wyparowały z mej głowy. I poczułam głód i żądzę krwi oraz trupów. Do nozdrza dostał się słodki zapach dzika. Ciężki, mocne kopyta wbijały się w ziemię. Nogi, umięśnione ale i delikatne jak na klacz przystało, poniosły na przód kierowane przez ostre kły i przenikliwe czarne oczka. Zwierzę, którego zapach niósł się po całym lesie, musiało przebudzić się ze snu zimowego. Dopadłam go bez zastanowienia i poczułam jeszcze pulsującą krew w jego żyłach, przyspieszone tętno, strach chowający się w powiększonych oczach, adrenalinę przenikającą aż po ostre kły zdobyczy. Nie uciekła. Nie zdążyła. A smak mięsa był cudny. I obcy. Czułam dziwną, niepokojącą przemianę. Jakbym robiła to często lecz nigdy wcześniej. Logicznie nie było to możliwe a jednak się stało.
-Dddlik. - powiedziałam cicho. - Dlik. Ne! Dzry… Dzik?
Słowa zaczęły mi się kleić w ustach, zmieszane z krwią dzika. Pamiętam! Pamiętam!
-Ja.
Brawo! Wypowiedziałam kolejne słowo! Ale skąd ja je znam?
-Ja jestlem… Nie… Jestem. Mięsojedna. Nie, nie… Mięso… Jadająca? Żrąca?
Blisko! Coraz bliżej!
-Jestem mięsożerna! Tak! Znaczy… Nie. Jestem koniem, klllacą. Klaczą. Powinnam być roślinożerna… Czemu więc nie jestem? - zadałam sobie to pytanie. - Ja jestem inna. To nie jest moje, to… Jestem w innym ciele? Ja jestem… Mariką. Jestem Mariką! Słyszysz?!
Pytanie te kierowałam do dzika lecz ten o dziwo nie chciał odpowiedzieć. Może się obraził za to, że go rozpołowiłam?
-Co się stało? Gdzie jestem? M, m, m, m… Mariko? Kim jestem? Gdzie jestem? Seculora… Nie! TAK! Ale co to Seculorum? Mózg przecie podpowiada mi Kins ode Hill… Blisko… Ale tak daleko. Kings… Tak! Dalej, kontynuuj! Kings of the Hill! Tak, dobrze!
Głupio musiałam wyglądać. Gadałam sama do siebie. I było to dziwne.
Usiadłam na zadzie i spojrzałam w niebo.
-O Boże! - wymamrotałam. - Co się stało?
To na stówę nie było moje ciało. Pamiętam coś… Jakby… Matkę. Jennifer. Co więc było dalej? Dzieciństwo, wojna. Oczom ukazała mi się Brena i wszystko już stało się jasne.
Wstałam na równe nogi i spojrzałam w dół. Z ust wyciekała mi krew martwego zwierzęcia.
- Nazwę cię Kaspian. - powiedziałam do zwłok. - Ale nie mów nikomu co się stało… To naprawdę nie moja wina. Nie chciałam. Ale co ja teraz zrobię? I co z Lorganem?
~***~
Zbliżał się wieczór, mgła przysłoniła niebo. W końcu znalazłam właściwą drogę do stada.
Czy to znaczy, że…? Po głowie latało mi tysiąc myśli. Nagle o coś uderzyłam. Ciało. Tak znajome… Ismena? Jak? Podniosłam ją. Była nieprzytomna. Westchnęłam i wpakowałam ją sobie na grzbiet po czym pofrunęłam do niezamieszkałej jaskini u stóp Free Mount. Opatrzyłam starannie jej rany, zapewne powstały przy owym wybuchu agresji Breny.
Ocknęła się w końcu i ze strachem wyszeptała:
-Kkkim jesteś?
- Uspokój się. Ciii… Bez nerwów. To ja Marika. - po czym widząc jej wyraz twarzy dodałam:
- To długa historia, nie uwierzysz mi.
Wadera patrzyła na mnie z lękiem ale nie była w stanie się poruszyć.
Chwilę potem znów zasnęła a ja usiadłam obok i z niewiadomych powodów zaczęłam śpiewać kołysanki. W końcu i mi zamknęły się oczy. Oparłam więc łeb o puszysty ogon Ismeny i śniłam o dawnym i nowym życiu.
~***~
Nie spałam długo. Obudziłam się i wyszłam na zewnątrz. Jakiś czas potem i wadera wydała dźwięki wskazujące na jej przebudzenie.
-Hej wilczku. - uśmiechnęłam się serdecznie. - Proszę przestań! Ja też się boję… Nikt mi nie uwierzy… Ja… Otrzymałam pewien dar. Umiem przejść na drugą stronę. Mam władzę nad śmiercią i życiem. Kochana… Co ja mam teraz zrobić? Lorgan przeszedł na ICH stronę ale… Ale… JA GO KOCHAM!
Z moich czarnych oczu popłynęły ZNÓW gorzkie łzy. Co ty się tak mażesz? On jest teraz z nimi! Nie chcę cię znać!
Spojrzałam na Ismenę, która pobladła. Oczy zaświeciły jej się niebezpieczne.
Pokręciłam głową i wyszłam z jaskini. Pobiegłam w stronę Góry Prawdy i Oszczerstwa.
~***~
Była już późna noc gdy w końcu ujrzałam kontur góry. Powoli stawiałam kopyta nie wiedząc co z sobą zrobić. Nagle coś huknęło w powietrzu. Odwróciłam się zdziwiona. Nic nie ujrzałam. Znów wybuch. Pokłusowałam przed siebie aby zobaczyć cokolwiek gdyż cienie drzew zasłaniały mi widok na okolicę. Stałam na środku polany rozglądając się dookoła. Zobaczyłam jak nieduża iskierka leci w górę a następnie rozpryskuje się na wszystkie strony tworząc jakby grę świateł na czarnym, rozgwieżdżonym niebie. Nowy Rok? To dzisiaj? Wpatrywałam więc się w ten piękny obraz dopóki nie usłyszałam niewyraźnych głosów dochodzących zza Góry Prawdy i Oszczerstwa od strony rzeki.
W oddali zobaczyłam dwie sylwetki. Lorgan. Stał jak kamień i z śmieszną miną wpatrywał się w siwą klacz. Deszcz obmył jej sierść z krwi dodając kontrastu nagim ranom. Grzywa i ogon owej postać falowała unoszona przez wodę, dokładniej rzekę która zakrywała posiniaczony zad. To byłam ja. Oj, jak pięknie wyglądałam! Lorgan również niczego sobie. Może nie był tak okaleczony przez upadek jak ta klacz lecz nosił liczne blizny po złamaniach.
Lorgan? Brak pomysłu na zakończenie ://///